Aktualności Kontakt
ul. 11 Listopada 7a
62-510 Konin
tel. (63) 242 52 65
fax. (63) 242 63 89
e-mail: 2lokonin@gmail.com

ROK SZKOLNY 2014/2015

Zlot fanów fantastyki i koniec nudy

W  zeszły weekend  (26-28 września ) odbył się w Łodzi konwent fantastyki  Kapitualrz! Jak na mały konwent, frekwencja była imponująca. Pojawiło się wielu fanów fantastyki oraz miłośników horrorów, ale nie brakowało także  osób zainteresowanych anime, si-fi czy grami.  Każdy znalazł coś dla siebie.  Odbyło się mnóstwo ciekawych zajęć, takich jak np.:
      

  •   O elfach słów kilka- prelekcja
  •  Turniej kamień-nożyce-papier-jaszczur-Spock
  • Wchodzimy w strumień czyli Świat Andromedy - prelekcja 
  •  Nowe kuchenne egzekucje, czyli gotuj z dr Lecterem!
  • Jak przeżyć zombie apokalipsę? - panel dyskusyjny
  • Od zera do bohatera - warsztaty budowania postaci Krótki kurs rzezania orków... - Prelekcja dla mistrzów gry
  •   Niezwykłe stworzenia - panel dyskusyjny i prelekcja


Taka oferta przyciągnęła rzesze, a to przecież nie wszytko. Oprócz uczęszczania na zajęcia  tematyczne , można było zbierać pieniądze konwentowe,  które później  wymieniało się na ciekawe przedmioty, takie jak gry, bluzki czy książki.  Jak je można było zdobyć? Należało zagrać w kalambury lub  startować i wygrywać w konkursach.  Najbardziej oblegane były konkursy z wiedzy o serialu "Gra o tron",  z wiedzy o „Gwiezdnych Wojnach”,  o Mandze i Anime oraz  o Herosie III. 

Jeśli ktoś nie chciał uczestniczyć w zajęciach (jego strata) mógł zaopatrzyć się w  niesamowite gadżety. Stragany aż uginały się od ciekawych rekwizytów. Pojawiły się ręcznie robione kielichy oraz biżuteria, na bieżąco dziergane pluszaki,  skórzane  bransolety i gogle,  stosy planszówek, drewniana broń, repliki zegarków, busoli i lup, przypinki, kubki, podkładki , plakaty , koszulki, czapki , poduszki i cała masa innych ciekawych rzeczy. 

 Wszyscy uczestniczy konwentu byli względem siebie niezwykle życzliwi.  Okazało się, że są to bardzo otwarci i pomocni ludzie. Nawet, jeśli ktoś przyjechał sam, niemal od razu napotykał małe grupki osób, chętne do nawiązania znajomości i wspólnych wędrówek w poszukiwaniu „fantastycznych” wrażeń. 

Uważam Kapitularz za konwent bardzo udany i z całego serca polecam Wam tego typu imprezy.

 

Pola Nowicka 1d 

kap5
kap1
kap2
kap3
kap4
kap6

Nie daj się jesieni!

dep

Z dniem 23 września rozpoczęła się kalendarzowa jesień. Każdego dnia dzień staje się krótszy, noce chłodniejsze, a zakatarzone nosy od teraz będą naszą codziennością. Wstając rano termometr pokazuje tak niską temperaturę, że człowiek nie ma ochoty wychodzić z domu. Jednak na taki stan rzeczy nic się nie poradzi, obowiązki czekają. Czas iść do szkoły. Po drodze zdarzyć się może, że trzeba będzie zmagać się z przeszkodami – mgłą, wiatrem, czy też deszczem. Wchodząc do szkoły, wyczerpani walką z żywiołami, z rozczochranymi włosami udajemy się pod klasy. Jako uczniowie, spędzamy te jakże fascynujące godziny w salach lekcyjnych z naszymi ukochanymi (bądź mniej lubianymi) nauczycielami. Odliczamy minuty i sekundy do dzwonka, czekamy z niecierpliwością na przerwę, byleby tylko na chwilkę przewietrzyć umysł. Niestety, wszystko co piękne szybko się kończy, przerwa wieczna nie jest, więc trzeba wrócić na lekcje. Na szczęście, kiedy już skończymy naszą całodzienną edukację – czas iść do domu! Znów pokonujemy nasz codzienny tor przeszkód i nareszcie jesteśmy w domu, w naszych cudownych czterech ścianach. Jestem zdania, że dresy, rozciągnięta koszulka, bluza i grube skarpety to najlepszy strój domowy, więc przebieramy się w nasze ciuszki, zjadamy obiad, popijamy gorącą herbatę i… I już jesteśmy gotowi, aby znów zasiąść do nauki! Kto tego nie lubi? Popołudnia i wieczory spędzone z lekcjami są tak fantastyczne! Praca domowa z matematyki i  wypracowanie na polski. Do tego jeszcze na drugi dzień sprawdzian z historii, kartkówka z angielskiego i pytanko z biologii. Nie wspominając o tym, że trzeba jeszcze jechać na korepetycje lub na jakieś inne dodatkowe zajęcia, wtedy mamy grafik wypełniony aż po brzegi! Po co komu czas wolny? Przecież najważniejsze jest oddać się całkowicie edukacji. Każdego dnia nadchodzi taki moment, kiedy mówimy DOŚĆ. Rzucamy wszystko, opuszczają nas siły - czas odpocząć. Bierzemy gorącą kąpiel, wskakujemy pod kołdrę i pozwalamy, aby zmógł nas sen. Zabrał nas do świata marzeń i miejsca, w którym możemy odpocząć, być szczęśliwi, zapomnieć o naszych zmartwieniach. Gorzej tylko, gdy się budzimy i trzeba wstać, a działa na nas jakaś niesamowita siła przyciągania z łóżkiem. Można tak marudzić długo na temat szkoły, złamanego serca, problemów ze zdrowiem itp.
 
Taki już jest ten czas jesienny, wiecznie mamy jakieś „ale”, nic nas nie może zadowolić. Nasz nastrój jest adekwatny do pogody. Stresujemy się, denerwujemy, smucimy, płaczemy, aż w końcu popadamy w depresję. Jest to ogromny stan smutku, najgłębszy stan naszego cierpienia. Czasem trudno jest się wyrwać z sideł depresji, wszystko zależy od wytrzymałości naszej psychiki, więc jeśli już czujemy, że dzieje się z nami coś niedobrego należy zacząć szukać pomocy u swoich bliskich. Najważniejsze jest, aby nie zostać sam na sam ze swoimi myślami.

Dlatego, jeśli czujemy, że zaczyna nas dopadać jesienna chandra należy jakoś jej zapobiec. Oderwać się od nauki, spędzić czas z rodziną, przyjaciółmi, bądź po prostu zrelaksować się przy dobrej książce (lub jak kto woli – filmie).

Przed nami zimne miesiące, pełne pracy, zmartwień, a przy tym pozbawione energetycznej mocy słońca. Niech zatem nasze dusze się rozjaśniają przy każdej nadarzającej się okazji, bo takie małe promyki w czasie jesienno – zimowym mogą być na wagę złota.
 
Kinga Młodzińska, 1g

„Szkoła uczuć” na jesienny wieczór

Nadchodzą jesienne, chłodne i nieco depresyjne dni. Stracimy chęci na spacery, wejdziemy w ciepłe kapcie i ukryjemy się pod kocem. Do tego zestawu z pewnością pasowałaby dobra książka lub film.   Ja wolę spędzać czas na świeżym powietrzu, ale i mnie dopadła jesienna chandra. Już w ubiegłą sobotę obejrzałam przepiękny film „Szkoła uczuć” . Towarzyszyli mi: ciepła herbata i gruby sweter.
Film tak mnie zaintrygował, że postanowiłam zapoznać się z jego genezą.  „Szkoła uczuć”, to film nakręcony na podstawie powieści Nicholasa Sparksa, pod tytułem „Jesienna miłość”. Reżyserem tego filmu jest Adam Shankman, scenariusz napisała Karen Janszen, muzykę zaś Jeff Cardoni. Premiera filmowa odbyła się 28.06.2002 roku. 
Głównymi bohaterami filmu są córka pastora Jamie Sullivan (Mandy Moore) oraz jej lekkomyślny szkolny kolega London Carter (Shane West). Tematem filmu jest uczucie, jakie rodzi się między bohaterami.  London jest zwariowanym chłopakiem, który cieszy się szacunkiem innych licealistów. Może właśnie dlatego, że lekceważy szkołę i swoje obowiązki. Natomiast Jamie jest jego przeciwieństwem. Jest skromną, wstydliwą dziewczyną, przywiązaną do chrześcijańskich wartości. Jednak zmienia się ona nie do poznania, a robi to właśnie dla Londona. Główny bohater pod wpływem dziewczyny porzuca dawne towarzystwo, jego życie nabiera sensu. Chociaż film kończy się ślubem bohaterów, to jednak nic nie jest tak długie i szczęśliwe jak by się wydawało. Niedługo potem Jamie umiera z powodu białaczki, a London zostaje sam. Jednak śmierć dziewczyny nabiera głębokiego sensu ponieważ London zbliża się do Boga i rozpoczyna studia medyczne.
Fabuła filmu na pierwszy rzut oka nie jest zbyt oryginalna, a sam film nie różni się zbytnio od innych melodramatów, wzruszających i romantycznych.  Wydaje mi się jednak, że Adam Shankman  postarał się nieco bardziej.
Oglądałam wiele tego typu filmów i jeszcze żaden nie wywarł na mnie tak wielkiego wrażenia. „Szkoła uczuć” była dla mnie lekcją, która nauczyła mnie, jak wykorzystywać szansę, którą dostał każdy z nas. Polecam każdemu!
 
Ola Owczarzak 1g

su1

„Zostań, jeśli kochasz”

if you

 W minioną niedzielę wybrałam się wraz z siostrą do Multikina w Wola Parku w Warszawie na film „Zostań, jeśli kochasz”, który jest ekranizacją bestsellerowej powieści Gayle Forman„If I stay”. Film wyreżyserował R.J. Culter, za scenariusz odpowiada Schauna Cross. Światowa premiera miała miejsce 18 sierpnia tego roku w Stanach, a w Polsce można go oglądać już od 12 września. Film opowiada o pierwszej, nastoletniej miłości, którą zaburza tragiczny wypadek, na zawsze odmieniający losy Mii- utalentowanej, młodej wiolonczelistki. W roli głównej Chloë Grace Moretz (Mia Hall), a reszta obsady: Jamie Blackley ( Adam Wilde- chłopak nastolatki), Mireille Enos (Kat Hall- matka), Joshua Leonard (Denny Hall- ojciec) , Liana Liberato (Kim Schayn- przyjaciółka Mii) i inni. To nie jest film dla dorosłych, którzy mogą uznać go za zbyt ckliwy patrząc na miłość zamiłowanej w muzyce klasycznej dziewczyny i wschodzącej gwiazdy rocka, jednak obok nich pojawiają się także rodzice nastolatki- para wyluzowanych eksrockmanów, którzy porzucili swój bunt dla dobra dzieci. Oprócz Mii mają jeszcze syna Teddy'ego i to właśnie po jego narodzinach ojciec odszedł z zespołu rockowego, by poświęcić się wychowaniu potomstwa.

W filmie oprócz wątków miłosnych pojawiają się rozważania na temat kruchości ludzkiego życia, jego sensu i poszukiwaniu własnej tożsamości. Ukazane zostało również pokonywanie przeciwności losu i próba życia w sytuacji, w której nadzieja na lepsze jutro jest znikoma, a od nas zależy czy chcemy dalej to życie ciągnąć. To z pewnością film o właściwych wyborach, które pomogą nam przetrwać najtrudniejsze chwile. Główna bohaterka może liczyć również na wsparcie rodziny, a w dzisiejszych czasach jest to wartość bezcenna.Wielki plus stanowi świetnie dobrana ścieżka dźwiękowa, nadająca sens młodzieżowej opowieści.

Spróbujcie się zastanowić jak ważna jest dla nas rodzina, pomyślcie o swoim poukładanym, choć może nie do końca idealnym życiu. Tak właśnie wyglądało to u Mii, która żyła wśród rodziny, przyjaciół i chłopaka, lecz jedna sekunda obróciła jej cały świat w ruinę. Kto z nas byłby w stanie pozbierać się po stracie rodziców i brata, którzy znaczyli dla niej tak wiele? Wcześniej jej problemem była rozłąka z ukochanym na czas studii, która jest jednak niczym w obliczu tak ogromnej tragedii. Dziewczyna walczy o życie w szpitalu. W tym momencie to od Mii będzie zależało, czy chce je kontynuować bez najbliższych, czy może zacznie w zupełnie innym miejscu, ale razem z nimi? Na razie zostawię to pytanie bez odpowiedzi, a zainteresowanych zachęcam do obejrzenia filmu.

Zanim ja zdecydowałam się go zobaczyć, przeczytałam wiele opinii na jego temat. Jedni mówili, że to najlepszy dramat wszech czasów przeznaczony głównie dla nastolatków, a drudzy, że film jest po prostu nudny. Jak widać opinie te nie są zbieżne, dlatego postanowiłam sprawdzić jakie na mnie wywrze wrażenie. Nigdy bym się nie spodziewała, że nie będę potrafiła zatamować potoku spływających łez. Emocje były silniejsze ode mnie i życzę wszystkim takich odczuć podczas seansu. Film zdecydowanie skłania do refleksji. Teraz zabieram się za czytanie książki, choć wiem, że to od niej powinnam zacząć.

 

Aleksandra Szubert,  Ic

„I znów historia rodzi się na naszych oczach...”, czyli o tym dlaczego siatkówka nie jest naszym sportem narodowym

sss

Nie chcę tu wcale obrażać zagorzałych kibiców piłki nożnej, czy tym bardziej kłócić się o to, który sport jest lepszy. Po prostu moim zdaniem więcej powodów do dumy nie dają nam wcale kolejne przegrane mecze z jednymi z najmniejszych państw świata, ale pokonywanie największych i najbardziej wymagających rywali.
Odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie – kiedy ostatnio byliśmy zadowoleni z gry polskich piłkarzy? Czy któryś mecz dał nam ogrom satysfakcji? Polska piłka nożna nas już nie zaskakuje. Rzadko kto siada przed telewizorem z myślą: „O, dzisiaj mamy szansę wygrać. Dziś awansujemy!”. Wciąż oglądamy mecz i albo czekamy na kolejnego gola od przeciwników, albo umieramy z nudów, kiedy piłkarze obydwu drużyn bezskutecznie próbują zmienić punktację.
Oprócz tego spójrzmy na atmosferę, na wygląd każdego spotkania. Czy spotkaliśmy kiedyś wandalizm podczas meczu siatkówki? Czy siatkarscy kibice zarzucają się obelgami? Wystarczy przyjrzeć się trochę dokładniej tegorocznym Mistrzostwom Świata. Podczas każdego spotkania kibice jednoczą się w ogromną, siatkarską rodzinę. Cieszą się z każdego punktu, każdej wygranej i razem przeżywają porażki, dają nadzieję zawodnikom. Nie obrażają przeciwników, nie dogryzają im, chcą, żeby atmosfera była przyjemna, żeby każdy dał się porwać emocjom, nie myślał o wyniku, tylko wspierał swoją drużynę ze wszystkich sił!
Nie kryjmy również tego, jak wynagradzani są siatkarze, a jak piłkarze w porównaniu do wyników, jakie osiągają. Piłka nożna jest finansowana o wiele lepiej niż siatkówka. Można stwierdzić, że coraz częściej zdarza się, że zawodnicy grają byle jak, bo wiedzą, że i tak dostaną za to sporą sumkę. Siatkarze mało nie zarabiają, trzeba to przyznać, ale ich wynagrodzenia są niczym w porównaniu do tego, w jak godny sposób reprezentują Polskę. Oni jednak nie narzekają, bo robią to, dlatego że to kochają, nie przywiązują większej wagi do pieniądza. Dla nich liczy się duma, wsparcie kibiców i pokazanie, że są silnym, zgranym zespołem.
Zadajmy sobie pytanie, dlaczego wciąż polskim sportem narodowym ogłasza się piłkę nożną? Może dlatego, że lubimy śmiać się z naszej drużyny? Może przyzwyczailiśmy się do oglądania finałów bez udziału Polski? Może dlatego, że każdy mecz jest transmitowany w telewizji i nie musimy płacić za oglądanie zmagań? A może po prostu tak się przyjęło?
Piszę to kilka godzin przed wielkim meczem z Niemcami, wierzę, że dzień przed walką o drugie w historii złoto Mistrzostw Świata i mam nadzieję, że już w poniedziałek wiele osób, które zada sobie pytanie: „Dlaczego siatkówka nie jest naszym sportem narodowym?”. Orły do boju!

Natalia Wróbel, 1g

Bezrobocie przez pracodawcę

Stopa bezrobocia w Polsce obecnie wynosi 9,5%. Na pewno nikt z nas nie chciałby dołączyć do tych statystyk. Powinniśmy więc najpierw uzyskiwać jak najlepsze noty i osiągać sukcesy, a później szukać pracy w zaufanej firmie, która zajmuje się interesującą nas dziedziną.
Przedstawiam Wam wywiad z bezrobotnym, który chciał pozostać anonimowym rozmówcą. Chciałabym, aby przykład tego człowieka posłużył nam wszystkim jako przestroga przed nieuczciwymi pracodawcami, którzy mogą zrujnować karierę swoich pracowników na długie lata.


JA: Dzień dobry. Wiem, że to dla Pana z pewnością trudny temat, ale chciałabym zadać kilka pytań na temat bezrobocia.

BEZROBOTNY: Witaj. Tata wspominał, że masz przygotować na ten temat pracę do szkoły, więc skoro mogę Ci jakoś pomóc, to nie ma żadnego problemu.
J: Jak długo jest Pan bezrobotny i dlaczego?
B: Nie pracuję od trzech miesięcy, kiedy to firma ubezpieczeniowa, dla której pracowałem przestała istnieć. Właściciel okazał się osobą nieuczciwą. Naciągnął wielu ludzi i ogłosił upadłość spółki. Zostawił również nas, swoich pracowników, „na lodzie”. Nie byliśmy świadomi jego przekrętów, ale ucierpieliśmy równie boleśnie jak nasi klienci.
J: Rozumiem. A czy przez ten czas nie szukał Pan pracy, czy po prostu żadna firma nie chciała Pana przyjąć?
B:   Do tej pory liczyłem na znalezienie pracy w podobnej firmie, ale wieści o nieuczciwości poprzedniego pracodawcy szybko się rozeszły po rynku ubezpieczeń. Również na nas, jako na pracownikach tej firmy, patrzono z podejrzliwością i ciągle tylko słyszałem „skontaktujemy się z Panem”. Nawet się nie dziwię, ponieważ zaufanie w tej branży to rzecz podstawowa, a myśmy przecież swoimi twarzami i nazwiskami (choć nieświadomie) firmowali nieuczciwego pracodawcę.  Myślę, że znalezienie pracy w tym obszarze, tutaj na miejscu  będzie trudne w najbliższym czasie więc myślę o przekwalifikowaniu się i spróbowaniu czegoś nowego.
J: Ale to przecież wymaga wielu zmian w życiu, stresu, cierpliwości…
B: Z pewnością. Rozważam nawet przeprowadzkę do innego miasta.  Mój znajomy, mający firmę budowlano-montażową, zaproponował mi pomoc. Zajmę się sprawami dokumentacyjnymi i zarządzaniem bazą danych. Ma to być umowa zlecenie, ale na początek musi wystarczyć. Coraz częściej rozważam założenie własnej działalności gospodarczej. Wiem, że to nie jest proste, zwłaszcza po moich ostatnich doświadczeniach. Wierzę jednak, że może mi się udać. Mam już pewien plan na własny biznes, ale żeby go zrealizować potrzebuję środków, które mam nadzieję pozyskać w ciągu najbliższego roku.
J: Czy można spytać co to za pomysł? Jestem bardzo ciekawa.
B: Chciałbym zająć się programowaniem, wsparciem IT dla małych firm, dostarczaniem rozwiązań systemów komputerowych.
J: Ale, czy ma Pan doświadczenie, wymagane kompetencje, aby zająć się takim przedsięwzięciem?
B: Komputerami, programami, systemami komputerowymi interesowałem się od zawsze. Ukończyłem technikum automatyczne w „Koperniku” i nawet rozpocząłem studia na Politechnice Poznańskiej. Ale w międzyczasie znalazła się okazja podjęcia pracy więc przerwałem studia, a techniką komputerową zajmowałem się hobbistycznie i okazjonalnie. Na początku będę chciał zacząć od mniejszych projektów, żeby zdobywać doświadczenie i dobrą opinię. Mam kilku przyjaciół, którzy są już w tej branży od kilku lat i na których wsparcie również mocno liczę. Oczywiście w międzyczasie będę nadrabiał zaległości w wykształceniu i doskonalił swoje umiejętności.
J: W takim razie dziękuję za rozmowę i życzę wytrwałości i powodzenia.

Rozmawiała:

Ola Owczarzak, Ig
Koło Naukowe Medioznawców 

Młody patriotyzm

           Patriotyzm kojarzy się z „czasem zagłady”. Jak dziś, gdy naszemu państwu nie zagraża wojna ani bezpośrednie niebezpieczeństwo ze strony jakiegoś agresora, młody człowiek może zostać patriotą? W jaki sposób zaprezentować obywatelską postawę? Bo już na pewno nie z bronią w ręku, ani też angażując się w działalność podziemną. Czasy się zmieniły, więc i innych sposobów na okazywanie przywiązania do kraju należało poszukać. I młodzi ludzie ich szukają. Może nie są tak efektowne jak wtedy, gdy kraj znajdował się w niewoli, a ludzkie życie bywało zagrożone, o czym wiemy z historii i literatury. Nie oznacza to jednak, że nie są mniej ważne. Dziś, kiedy Europa staje się „globalną wioską”, młody Polak powinien pamiętać o tożsamości narodowej. Nie znaczy to oczywiście, że ma negować zachodzące zmiany, ale powinien być dumnym z własnego kraju, jego historii, tradycji   i obyczajów. Nie musi, a nawet nie powinien się ich wstydzić, lecz je kultywować i zapoznawać z nimi innych obywateli świata. Musi pamiętać o tych, którzy oddali życie w obronie ojczyzny i oddawać im cześć, a w święta narodowe wywieszać biało-czerwoną flagę. Rzetelne zdobywanie wiedzy, moim zdaniem, jest także jednym z przejawów patriotyzmu. Dlaczego? Dlatego że można ją później wykorzystać dla budowania lepszej przyszłości kraju i jego mieszkańców. Obecnie wielu nastolatków podróżuje po całym świecie, gdzie może przekazywać pochlebne opinie o Polsce i zachęcać obcokrajowców, by przyjeżdżali do nas i poznawali naszą piękną ojczyznę- to jest niewątpliwie wykazywanie patriotycznej postawy. Jak widać, wiele jest możliwości  i sposobów na okazywanie patriotyzmu. Wystarczy tylko chcieć, a na pewno każdy    z nas znajdzie najlepszy, jego zdaniem, sposób, by pokazać, że jest Polakiem  i kocha swój kraj.

Nikola Kopeć 2c 

Ważne decyzje

           Przytaczając słowa „cioci Wikipedii” – decyzja, to postanowienie będące wynikiem dokonania wyboru . Każdy z nas codziennie dokonuje wyborów. Jedne z nich są prostsze, drugie wymagają więcej czasu na przemyślenie tego jak należałoby postąpić. Większość osób zna odwieczne poranne dylematy – powinienem/powinnam założyć tą bluzkę do tych jeansów czy lepsza będzie ta czarna koszula? Czy nie wyglądam w tym za grubo? Zrobić sobie kanapkę z serem czy szynką? Podjęcie decyzji w tych przypadkach nie jest wcale takie trudne.Chwila, moment i w końcu coś wybierzemy.               
         
         Zupełnie inaczej jest, gdy stoimy przed jakimś życiowym wyborem. Ponieważ jesteśmy uczniami liceum, chciałabym powołać się na przykłady z naszego codziennego życia. Wybierając już profil klasy musieliśmy podjąć jedną z ważniejszych decyzji w życiu. Nie od dziś wiadomo, że powinno decydować się na te przedmioty rozszerzone, które nas ciekawią. Jednak, nie zdziwiłabym się, gdyby uczniowie myślący o przyszłości, wybrali zupełnie inny kierunek niż ich interesuję. Chodzi mi o to, że chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę, że po tzw. „humanie” ciężko jest znaleźć dobrą pracę. W końcu mówi się, że ludzie po profilach humanistycznych skończą w Mc’Donaldzie. Dlatego też może się zdarzyć, że osoba, która jest bardzo dobra z przedmiotów humanistycznych, wybierze profil matematyczny lub medyczny. Może tak zadecydowała, bo chce mieć zapewnioną lepszą przyszłość? Niestety taka osoba nie ma możliwości rozwijania swojego prawdziwego talentu. Gorzej tylko, jeżeli wybrała dany profil, bo np. naciskali na nią rodzice, rodzeństwo, czy ktokolwiek inny. Wtedy ktoś taki pozbawiony jest własnego zdania. W obu przypadkach nie została podjęta słuszna decyzja, gdyż nie była ona wynikiem „głosu serca”, tylko tym, co aktualnie narzucają nam warunki społeczne.                                 
         
      To samo tyczy się naszych kochanych maturzystów, którzy są w jeszcze gorszej sytuacji. Wszyscy zadają im pytania „Co dalej?”, „Gdzie wybierasz się na studia?”. Musi to być bardzo męczące, nie każdy z nas wie, co chce w życiu robić. Zainteresowania się zmieniają. Co z tego, że dana osoba jest już pełnoletnia według obowiązującego prawa.  Co prawda, może już za siebie odpowiadać i decydować, jednak, należy pamiętać, że jest to decyzja na całe życie. Powiemy, że przecież w każdej chwili można zmienić kierunek studiów. Niestety, wszystko kosztuje, a nie każdy może sobie na to pozwolić. Dlatego dajmy im, póki co, żyć. Zachowajmy ciekawość dla siebie. Kto wie, może niektórzy z nich dojdą do wniosku, że lepiej jest stąd wyjechać? Rzucić wszystko i ruszyć w świat? Żyć chwilą i nie martwić się, co przyniesie los?      
         
        Jakże nieaktualne staną się wtedy te nasze dzisiejsze pytania. Każdy z nas podejmując decyzję, czy to bardzo ważną, czy to zupełnie błahą, musi przemyśleć wszystkie „za” i „przeciw”. Opracować swój plan działania. Być kreatywnym i kiedy tylko jest to możliwe iść na kompromisy. Należy też pamiętać, że czasem warto jest zaryzykować. Najważniejsze jednak, żeby nigdy nie żałować podjętych decyzji!

Kinga Młodziniak, Ig
 

„Wyobraź sobie, że cały Twój świat staje na głowie…”

ks1

Jakiś czas temu, będąc w księgarni,  natknęłam się na książkę o intrygującym tytule, „Przywróceni” autorstwa Jasona Motta. Już sama okładka, na pozór nieskomplikowana,  dawała do myślenia.
Historia opowiedziana w książce zaczyna się w momencie, gdy w drzwiach domu pary starszych ludzi, Harolda i Lucille, staje ich ośmioletni synek, Jacob, zmarły tragicznie przed wieloma latami. Dokładnie taki sam, jak w dniu swojej śmierci. Okazuję się, że nie jest jedyny. Na całym świecie pojawiają się „znikąd” dawno zmarłe osoby, niemające pojęcia, co działo się z nimi przez cały czas ich nieobecności, ani dlaczego pojawili się powrotem wśród żywych…
W powieści „Przywróceni” autor skupia się na kilku głównych bohaterach, jednak wprowadza także wiele wątków pobocznych, co znacznie ułatwia czytelnikowi zrozumienie różnych punktów widzenia, tak bardzo skrajnych wśród bohaterów.
Na początku głównym problemem wśród bohaterów  powieści jest kwestia akceptacji osób, które powróciły. Akceptacja ich, jako prawdziwych ludzi, a nie jedynie iluzji. Z czasem jednak pojawia się inne pytanie – co jeśli zmarłe osoby nadal będą się pojawiać? Jak tylu ludzi może sobie znaleźć miejsce na tak małej planecie? I komu ono się należy? I, co najważniejsze, czy tzw. „Przywróconym” należą się jakiekolwiek prawa? Czy „Przywróceni” to nadal ci sami ludzie, którymi byli kiedyś?
Pod wpływem powieści Jasona Motta, czytelnik zadaje sobie pytanie o sens istnienia, o istotę życia i śmierci, jej rolę w codziennym życiu, a także jak sam zachowałby się w podobnej sytuacji. Bo, czy powrót z zaświatów można uznać za cud, czy początek zagłady?
Sam autor próbuje nakłonić czytelnika do zadania sobie pytania, co zrobiłby, gdyby nagle utracona, ważna dla niego osoba, wróciła. Czy przeżywanie wszystkiego na nowo byłoby warte tych paru chwil, czy okazji, by powiedzieć, coś, czego wcześniej się nie zdążyło powiedzieć? Mott usiłuje jednak uświadomić czytelnikowi, że czasem warto pozostawić coś niedokończonego na swojej drodze, że czasem nie warto przekonywać się, „co by było gdyby…”, ponieważ rozczarowanie może być zbyt bolesne.
Powieść Jasona Motta pt.: „Przywróceni” skłania do wielu refleksji, nie narzuca jednak gotowych odpowiedzi. Autor umożliwia czytelnikowi, by sam dokonał wyboru. W swojej powieści, Mott nie dzieli ludzi na „dobrych i złych”. Każdy ma do wypełnienia jakąś misję, jednak to od niego zależy, w jaki sposób to zrobi.
Polecam „Przywróconych” każdemu, kto lubi mocne historie i, kto nie boi się zadawać trudnych pytań.

Patrycja Kubala, kl. 2d
 

„Artemida – łowczyni, czy zbawczyni?”

artemida

Każdy z nas miał okazję spotkać się z niezwykłym światem mitologii greckiej. Roi się w niejod różnorodnych postaci. Mnie jednak szczególnie zaintrygowała Artemida – prawdopodobnie najbardziej skomplikowana bogini w greckiej mitologii. Pełna sprzeczności Artemis była kobietą lasu.Bogini zwierząt, jednocześnie miłośniczka polowań.Bogini płodności, patronka porodów, jednocześnie wieczna dziewica, patronka czystości.Jak pogodzić tyle kontrastów? Właśnie na to pytanie postaram znaleźć się odpowiedź.

Historia Artemidy zaczyna się w momencie, gdy jej matka, Tytanka Leto,  w obawie przed gniewem Hery, żony Zeusa, a jednocześnie ojca bogini lasu, ucieka na wyspę Delos. Tam Leto rodzi Artemidę, a zaraz potem jej bliźniaczego brata Apolla, którego poród odebrała, dopiero co narodzona bogini.

To na pozór niewiele znaczące zdarzenie mogło mieć jednak na nią duży wpływ. Przestraszona warunkami, okolicznościami, bólem towarzyszącym Leto, a może i wyglądem nowonarodzonego Apolla, postanowiła, że nie chce nigdy przechodzić przez coś podobnego i poprosiła Zeusa, by mogła pozostać na zawsze dziewicą, co tłumaczyłoby niepodważalną czystość bogini.

     Wbrew pozornemu przeciwieństwu, można to pogodzić z piastowaniem funkcji patronki porodów, ponieważ już jako noworodek Artemida podjęła się trudu przyjęcia porodu. To jednak niekoniecznie może być całkowite wytłumaczenie. Prawda zapewne kryje się w fakcie, że, kiedy Artemida zobaczyła, jak bolesny dla kobiety jest poród, stwierdziła, że mimo, iż sama nigdy nie chce tego doświadczyć, to chętnie pomoże i spróbuje uśmierzyć ból innym kobietom. Dlaczego jednak czczona była również jako bogini płodności, skoro wyraźnie nie chciała mieć do czynienia z płcią przeciwną, a jedynie pomagać w bolesnym akcie spowodowanym właśnie tymi kontaktami.

    Patronka porodów, czysta... Wydawałoby się, że Artemis jest idealna. Jednak pojawia się kolejny aspekt jej skomplikowanej natury, a mianowicie brutalność ujawniająca się zarówno w kontaktach z ludźmi, jak i ze zwierzętami. Znane na całym świecie są przykłady, z jaką agresją, mściwością, czy chłodem potraktowała ludzi, którzy nie postępowali zgodnie z jej wolą. Narcyza ukarała z powodu dużej ilości kochanek. Mykeńskiemu królowi Agamemnonowi, za zabicie jej ulubionej łani, chciała przeszkodzić w wyprawie przeciw Troi i dopiero ofiara z jego córki, skłoniła Artemidę do pogodzenia się z Agamemnonem. Kolejnym przykładem może być ukaranie Aktajona za zobaczenie nagiej, kąpiącej się bogini. Artemis zamieniła go w jelenia i pozwoliła, by rozszarpały go jego własne psy.Ze zwierzętami niekoniecznie obchodziła się lepiej, co również budzi pytania.Skoro była boginią zwierząt, przyrody, kobietą lasu, to dlaczego z taką pasją oddawała się polowaniom? Czy nie powinna zwierząt otaczać największą opieką? Czy zamiast zabijać, nie powinna chronić przed zgubą? Czy nie powinna być przeciwniczką polowań i wszelkiej formy agresji?

   Może pod postacią patronki lasów, nie kryje się bezgraniczna miłość do przyrody i wszystkiego co  z nią związane, a właśnie znajomość zagadkowej natury i umiejętne wykorzystanie wiedzy o niej w codziennym „dzikim” życiu?

      Należy dodać, że według niektórych źródeł Artemida była czczona także jako bogini śmierci, co jest kolejnym skrajnym elementem w jej charakterystyce, niepasującym do sprawowania pieczy nad porodami, płodnością, przyrodą, zwierzętami, a także łowami.

     Po połączeniu tych wszystkich elementów, powoli wyłania się obraz prawdziwej Artemidy. Skomplikowanej bogini o wielu twarzach, potrafiącej podołać wielu zadaniom i robić to z autentycznym oddaniem i sumiennością. Artemis nigdy nie zostawiła w potrzebie rodzącej samicy, nie odpuściła też nikomu, kto naruszyłby w jakiś sposób jej godność, czy prywatność. Przy omawianiu każdego aspektu jej osobowości, zachodzi wyraźny konflikt pomiędzy jej dobrą stroną -  opiekuńczością, troską z jaką potrafiła traktować samice podczas porodówa tą złą – brutalnością, zawziętością, mściwością czy oziębłością, które ujawniały w prawie każdym kontakcie z człowiekiem.

 „Artemida – łowczyni, czy zbawczyni?”- na to pytanie nasuwa się następująca odpowiedź: „Łowczyni, o zadziwiająco rozwiniętym instynkcie macierzyńskim”. I tak chyba należy właśnie postrzegać Artemidę. Jako dziką, brutalną kobietę lasu, o chłodnym sercu,a jednocześnie jako troskliwą i opiekuńczą, ale tylko, gdy wymagała tego sytuacja. Ważną kwestią jest także to, że postrzeganie bóstw zmieniło się na przestrzeni wieków. Kiedyś ludzie potrzebowali bogów srogich, niekiedy bezlitosnych, majestatycznych, ponieważ potrzebowali kogoś, kto trzymałby w ryzach społeczeństwo i zapobiegał dramatycznym sytuacjom, czy występkom, a także budził nich szacunek. Greckie bóstwa idealnie odpowiadały temu wzorcowi. Teraz jednak ludzie już nie chcą mieć nad sobą „kata”, istoty pozbawionej wszelkiej wyrozumiałości i litości. Współcześni ludzie w większości potrzebują Boga, który będzie ich kochał i który będzie zdolny do okazywania miłosierdzia.

     Artemida jest wybitną przedstawicielką wcześniejszego wzorca bóstwa, co czyni ją zbawczynią w antyku i łowczynią w czasach współczesnych.

 

Patrycja Kubala kl. 2D

 

ROK SZKOLNY 2013/2014

Wywiad z Ewą Sobolewską

II Liceum jest pełne utalentowanych osób i nie są to tylko talenty muzyczne. Wśród nich znalazła się prawdziwa perełka – reprezentantka klubu Medyk Konin, Ewa Sobolewska.

Koło Medioznawców:
Jak rozpoczęła się Twoja Przygoda z piłka nożną?

Ewa Sobolewska:
 Kiedy miałam 4, może 5 lat zaczęłam grać w piłkę na podwórku z kuzynami. Bardzo mi sie to podobało, więc jeździłam na szkolne turnieje, grałam w męskiej drużynie trampkarzy itd. Podczas rozgrywek turnieju "Z podwórka na stadion" wypatrzyli mnie skauci do młodzieżowej reprezentacji województwa (miałam wtedy 8 lat). Tak to się zaczęło...

KM:
Na jakiej pozycji grasz?

ES:
Na środku obrony.

KM:
Ile czasu poświęcasz na treningi?

ES:
Trenuję codziennie po półtorej godziny. Do tego dochodzą mecze w weekendy.

KM:
Jaki był Twój największy sukces w klubie?

ES:
Zdobycie poczwórnego Mistrza Polski. W tamtym roku udało nam się wygrać wszystko co możliwe: Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży, Mistrzostwa Polski Klubowe, Ogólnopolski Turniej LZS, Halowe Mistrzostwa Polski.

KM:
Jak trafiłaś do reprezentacji Polski i ile czasu już w niej jesteś?

ES:
Podczas jednego z turniejów kadr wojewódzkich U-13 zauważył mnie trener reprezentacji Polski do lat 15. Powołał mnie na pierwsze zgrupowanie, gdy miałam 13 lat. Teraz występuje w kadrze U-17.

KM:
Jak wyglądała Twoja gra w klubie? Medyk Konin jest pierwszą drużyną, którą reprezentujesz?

ES:
Nie. Jak już mówiłam pierwsze kroki stawiałam w męskiej drużynie piłkarskiej, natomiast moim pierwszym klubem był K.P. Błękitni Stargard Szczeciński. Pół roku grałam w Olimpii Szczecin, a od drugiej klasy gimnazjum gram w Medyku Konin.

KM:
Jak udaje Ci się pogodzić sport z nauką?

ES:
Jest to trudne, aczkolwiek nie niemożliwe. Na wszystko zawsze uda się znaleźć czas.

KM:
Czy wiążesz swoją przyszłość z piłką?

ES:
Tak. Chciałabym grać tak długo, na ile zdrowie pozwoli.

KM:
Dziękujemy za rozmowę.
ewa2
ewa
ewa1

OCALIĆ ŚLAD – ZROZUMIEĆ ŚWIAT

Moment na refleksję

Pamięć o zmarłych towarzyszy ludziom na całym świecie od wielu wieków. Kult osób, które odeszły z tego świata, praktykowany był już od zamierzchłych czasów. W kulturze chrześcijańskiej od czasów chrystusowych wierzono, iż śmierć ludzka na ziemi rozpoczyna nowy żywot w niebie. Twierdzono również, że zbawienie można uzyskać zarówno przez swoje dobre uczynki za życia, jak i pamięć i modlitwę bliskich po śmierci, dlatego też po odejściu krewnych gorliwie proszono o błogosławieństwo dla nich.
 
W dzisiejszych czasach listopad to szczególny czas, w którym możemy pozwolić sobie na wspomnienia, zadumę i refleksje związane z ludzkim przemijaniem i kruchością naszego życia. Nawiedzając groby naszych bliskich i stawiając na nich znicze, przystajemy na chwilę, by zastanowić się nad własnym życiem. Kładąc na nagrobku wiązankę kwiatów wierzymy, że ci, których już nie ma wśród nas, mogą cieszyć się wieczną chwałą w niebie.
 
Pamiętajmy, aby ten czas przeżyć w spokojnej i pełnej refleksyjności atmosferze. Nie zapominajmy o żadnej z osób bliskich naszemu sercu, które od nas odeszły. Zapalając znicz-świeczkę pamięci, wspomnijmy je i myślmy o nich ciepło.
 
 
Zuzanna Żabierek

zm

Wojownik w imię wolności

kk1


Krzysztof Kamil Baczyński (przyjmujący także pseudonim Jan Bugaj) urodził się 22 stycznia 1921 r., a zmarł 4 sierpnia 1944 r. w Warszawie.
    
      Nie da się ukryć, że była to śmierć przedwczesna, wręcz tragiczna, bo zaledwie w wieku 23 lat, aczkolwiek ilość czasu, który Baczyński przeżył jest niewspółmierna z jego dokonaniami, osiągnięciami oraz śladem, jaki pozostawił po sobie w pamięci wszystkich Polaków.
    
    Poecie była pisana sława, bowiem jego drugie imię zostało mu nadane na cześć słynnego poety Cypriana Kamila Norwida. Ojcem Krzysztofa był Sławomir Baczyński, bardzo szanowany krytyk literacki, publicysta, człowiek o świeżym spojrzeniu na świat i niezwykłej charyzmie. Był także dla syna ogromnym autorytetem. Porównując dwie biografie Sławomira i Krzysztofa Baczyńskich, można dostrzec zdumiewające podobieństwa, świadczące o dużym wpływie ojca na poetę.
Nie zależy zapominać o matce Baczyńskiego. Stefania Baczyńska, z rodu Zielieńczyków, także dawała synowi dobre wzorce i z pewnością po niej też poeta odziedziczył dużą część talentów humanistycznych. Stefania była pedagogiem, ale przede wszystkim trudniła się pisaniem książek dla dzieci.
    
  Poezję Krzysztofa Kamila Baczyńskiego można podzielić na trzy etapy. Pierwszy etap to zarazem pierwsze prób pisarskie. Cechuje je duży wpływ poezji romantycznej, wyczuwa się także wpływ symbolistów, np. Rimbanda. W drugim etapie twórczości, bardziej dojrzałej, wyraźnie widać wpływy rówieśników poety, np. jego przyjaciela Weintrauba, Gajcego, czy Borowskiego.

  Do trzeciego etapu można zaliczyć twórczość z ostatnich miesięcy życia Baczyńskiego. Poezja powstała w tym czasie jest zdecydowanie najbardziej osobista. Pojawiają się w niej elementy bólu, młodzieńczej miłości, motyw wstąpienia do wojska, a także udział w starciach wojennych.
    
    Ważnym wydarzeniem w życiu Baczyńskiego był ślub z Barbarą Drapczyńską w 1942 r. To właśnie do niej kierował swoje erotyki. Niestety szczęście małżeńskie nie trwało długo.
W 1943 r. poeta wstąpił do organizacji zbrojnej. W wyniku intensywnego trybu życia, nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia Baczyńskiego. To z kolei wpłynęło na jego twórczość, która w owym okresie skupia się na refleksjach dotyczących zarówno historii, religii, jak i życia.
Warto także wspomnieć o fakcie, że Krzysztof Kamil Baczyński redagował konspiracyjne pismo „Szare szeregi”.

     Baczyński z wielką gorliwością walczył za ojczyznę i do samego końca głęboko wierzył w sens walk za nasz kraj.Najlepiej świadczy o tym uczestnictwo w : Grupie Szturmowej, następnie Armii Krajowej, a także działalność w harcerskim batalionie „Zośka”, w którym nosił pseudonim „Krzysztof”. Baczyński wziął udział w akcji bojowej „Tłuszcz-Orle” w 1944 r. pełniąc funkcję zastępcy plutonu. Niestety Krzysztof Kamil Baczyński zginął w Powstaniu Warszawskim w 1944 r.
    
Dziś poeta powinien być wzorem do naśladowania dla wszystkich młodych ludzi szukających swojej drogi i „swojego ja”. Baczyński uczy nas, że warto być w życiu odważnym, lojalnym, prawym, a przede wszystkim tego, by nigdy nie wątpić w słuszność celu, który sobie wyznaczamy. Żyjmy więc tak, jak radzi poeta – Nie bójmy się życia, co przez życie trwa...
 
Patrycja Kubala kl. 1D
Maria Dzięcioł kl. 1F



Przepis na wakacyjną formę

Słońce za oknem a ty wciąż zastanawiasz się, co zrobić, aby wyglądać olśniewająco w bikini?! Nie martw się, jeszcze nie jest za późno, aby zachwycić wszystkich idealną figurą podczas upalnych, letnich dni. Oto kilka porad, które pomogą ci zrealizować cel.
1.       Jedz mniej, a częściej.
Jedząc mniejsze ilości dostarczysz swojemu organizmowi odpowiednio dużą dawkę energii, tym samym nie narażając się na zbędne kilogramy.
2.       Nie podjadaj!
Kategorycznie zabrania się podjadania między posiłkami, po godzinie 20 i bezpośrednio przed snem!
3.       Uprawiaj sporty na świeżym powietrzu!
Ruch to zdrowie, każdy jeden ci to powie! Im więcej się ruszasz tym lepiej, gdyż twoje ciało spala więcej kalorii. Najlepszym sposobem na zrzucenie kalorii jest bieganie.
4.       Bądź konsekwentny!
Ćwiczenia wykonuj z precyzją, nie pozwalaj sobie choćby na jeden dzień przerwy, gdyż cały twój wysiłek pójdzie na marne.
5.       Pij dużo wody!
Picie dużych ilości wody zmniejszy łaknienie i oczyści twój organizm z toksyn.
6.       Unikaj alkoholu
Alkohol zawiera dużą ilość kalorii i niewiele cennych składników odżywczych. Pity w większych ilościach obciąża układ pokarmowy oraz źle działa na cały organizm. Jego największą wadą jest to, iż silnie uzależnia.
7.       Zrezygnuj ze słodyczy
Cukry zawarte w słodyczach dostarczają organizmowi pustych kalorii. Poza tym prowadzą do cukrzycy i otyłości, ponieważ wszystkie nadwyżki energetyczne są odkładane w organizmie w postaci tłuszczy.
8.       Warzywa i owoce drogą do sukcesu
Jedz dużo warzyw i owoców, ponieważ są materią, którą organizm bardzo łatwo trawi. Oprócz tego są źródłem witamin i minerałów chroniąc nas przed chorobami. 
Pamiętaj, że systematyczne i konsekwentne wykonywanie ćwiczeń, pozwoli ci nie tylko  poczuć się lekko i zwinnie, ale także pomoże osiągnąć zauważalne efekty.
 
Marta Wojciechowska, Kinga Nejman




Bo wiem lepiej co to rap i znam więcej płyt na bank!

Ostatnimi czasy wielu raperów wprowadza spore innowacje w swoich kawałkach, łącząc dubstep z klasyczną „nawijką” lub dodając śpiewany refren. Metamorfozę przechodzi nie tylko muzyka, ale także styl życia. Nie wszystkim słuchaczom się to podoba, zresztą nie tylko słuchacze mają z tym problem, niektórzy artyści tego gatunku także nie mogą owego zjawiska do końca zaakceptować (pewnie dlatego, że oni w swojej twórczości zatrzymali się na rapie z lat ’90). W takiej sytuacji rozpoczyna się tzw. nagonka i „hejting1”…

Paweł z Ursynowa

Pezet jest doskonałym przykładem takiej sytuacji, kiedyś nazywany był klasykiem i prawdziwym raperem, teraz jest oskarżany przez wielu „znawców hip hopu” o sprzedanie się. Po nagraniu „Muzyki klasycznej”, „Muzyki poważnej” czy też „Muzyki rozrywkowej” wielu oczekiwało następnych płyt w podobnym klimacie, ale Pezet lubi się zmieniać i iść w kierunku czegoś nowego, czegoś, co będzie „jarało” jego samego, a nie tylko jego słuchaczy. Najpierw pojawiła się płyta z Małolatem (młodszym bratem), która zdobyła tytuł złotej płyty. Okazało się zatem, że pomimo innej koncepcji rapowania płyta ta zyskała uznanie w światku hip hopowym. Prawdziwa nagonka rozpoczęła się wraz z początkiem współpracy Pawła z Sidney’em Polakiem. Krążek „Radio Pezet” wydany nie tak dawno, we wrześniu 2012 roku, zapoczątkował niemałą internetową burzę! Pierwszy singiel pt. „Co mam powiedzieć” zdobył dużą popularność, pojawił się w radiach komercyjnych, co jeszcze bardziej „podburzało” przeciwników nowej odsłony Pezeta. Następne kawałki, które ukazywały się w Internecie, a w szczególności współpraca z Kamilem Bednarkiem, tylko utwierdzały „hejterów” w ich przekonaniu .
Nie wiem dlaczego tak bardzo oburzyła wielu artystów hip hopowych piosenka nagrywana razem z muzykami reggae, jakby nie było są to podobne gatunki, a wokalista StarGuardMuffin jest naprawdę utalentowany i w konsekwencji wyszedł z tej współpracy świetny utwór, który tylko na oficjalnym kanale Pawła w serwisie Youtube ma grubo ponad milion wyświetleń.
Profesjonalizm producenta
Nie można zapomnieć o zachowaniu Sydney’a, który chyba przez małe zainteresowanie jego osobą, po premierze wyprodukowanej przez niego płyty, zaczął obrażać publicznie Pezeta, podczas audycji na antenie stacji radiowej ROXY. Przedstawił rapera w złym świetle, mówiąc o jego nieprofesjonalnym zachowaniu i problemach z alkoholem. Dodatkowo oskarżył go o lokowanie w swoich tekstach popularnych marek, dzięki czemu raper mógł zarobić pieniądze. Pezet na zarzuty tego typu odpowiada stanowczo „Proponuję rozbieg i solidne uderzenie głową w ścianę”.

„Przyszło nam żyć w ciekawych czasach, skoro beefy toczą się na oświadczenia w mediach zamiast na dissy...”
Jarosław Polak na jednym „uderzeniu” nie skończył. Prawie miesiąc po wydaniu oświadczenia przez Pawła, które wyjaśniało całą sytuację, muzyk powrócił do drażliwego tematu wydając odpowiedź na oświadczenie rapera, w którym czytamy: „Odnośnie zamieszczania przez Pezeta utworów reklamowych na swoich płytach, wystarczy wskazać, że na płycie "Radio Pezet prod. Sidney Polak" został umieszczony jako hidden track - bez mojej zgody - utwór reklamujący akcję Miejski Sound - J&B City Remix. Tym samym złamany został zresztą zapis o nienaruszalności taśmy matki (…)I nie ma tutaj nic do rzeczy bajka o "wyraźnej prośbie wytwórni EMI". To Pezet firmuje tę płytę i to on odpowiada za jej kształt. Jeśli wytwórnia zamieściła ten kawałek również bez jego wiedzy, zapraszam do wspólnej akcji przeciwko tej nieuczciwej zagrywce.”Nie będę roztrząsać sprawy ukrytego utworu, chociaż uważam, że bardzo dobrze, iż znalazł się na płycie. Wiele osób, w tym także ja, tego chciało…Pasuje w stu procentach do klimatu płyty stworzonej przez Pezeta! Jednak zastanawiam się, czy tak zachowują się dojrzali ludzie, dojrzali muzycy, którzy w branży są od wielu lat i widzieli już nie jedno, a jednak nadal nie wiedzą jak powinno rozwiązywać się problemy – płyta została wyprodukowana, wydana i jest w trakcie promocji. Po co w ogóle drążyć dalej ten temat?
„Bo jestem sobą (…) i wezmę te lekcje śpiewu!”
VNM śpiewa w swoich kawałkach, bo lubi to robić. Nikt mu nie może tego zabronić, można powiedzieć, że robi to kiepsko? Jasne, on sam o tym mówi i wie, że potrzebne mu są lekcje śpiewu, ale każdy, kto tworzy muzykę - robi to na swój sposób. My, jako słuchacze, możemy to kupować albo nie. Polska to wolny kraj, prawda?
„Jestem raperem, choć ubranym jak punk.”
Jest jeszcze jeden trochę młodszy od Pezeta, chłopak ze świetnym flow i umiejętnościami, których niejeden artysta mógłby mu pozazdrościć. Mowa tutaj o Jakubie Bireckim, który „hejtowany” jest nie tylko za muzykę jaką tworzy, ale podobnie jak Paweł - za to jak wygląda. Jak można negować rapera za to, że nie nosi airmaxów2 czy spodni typu baggy3, ale rurki i koszule? B.R.O w swoim utworze rapuje „Ej, tak wiem jestem pedał i cwel,  bo używam "auto tune'a4" i mam włosy na żel (…)nie noszę t-shirtów tu trzy razy XL (…) tak wiem, ja nie noszę szerokich spodni.” i dalej „Piszesz, że jestem gejem, gratuluję wyobraźni, ale przed komputerem to wszyscy są odważni”. Łatwo się ocenia innych, krytykować umie każdy, ale robić coś dobrze i nie poddawać się pomimo przeszkód i nieprzychylnych komentarzy już nie jest tak łatwo…
„I myślę, że czas na beef5
Słuchacze wyrażają swoje niezadowolenie przez komentarze i docinki… Pezet mówi otwarcie,
że zdarza mu się narzekać na swoich odbiorców, ponieważ zawsze znajdą się tacy, którzy będą go krytykować niezależnie od tego co zrobi. A jak swoją dezaprobatę okazują artyści? Ci mniej dojrzali komentują dokonania muzyczne, kawałki, czy nawet ŻYCIE innych na Facebook’u albo zabierają się za pisanie diss’ów… (obraźliwy atak słowny, kierowany w konkretnego artystę). O ich mocy przekonał się B.R.O, który na początku swojej kariery spotkał się z dużą niechęcią ze strony kolegów z branży (mowa o Pjentaku i Plejerze). Beef z ich strony okazał się grubą przesadą, nawet według ich fanów. Doszło nawet to przemocy fizycznej, Jakub na jednym z koncertów został upokorzony, m.in. wylano na jego głowę kufel piwa. Co zrobił raper? Nie przerwał koncertu i rapował dalej. Mimo tych trudności B.R.O nagrywa cały czas i osiąga znacznie więcej niż jego zazdrośni rywale… Prawdziwi hejterzy mówią, że „takiej” muzyki słuchają tylko gimbusy (pogardliwe określenie uczniów gimnazjów) i dzieci, które nie dorosły do słuchania prawdziwego rapu. Jednak według mnie, to wszyscy krytykujący nie dorośli jeszcze do zrozumienia tego, co dzieje się teraz w światku hip hopowym…zatrzymali się na latach swojej młodości czy dzieciństwa i nie chcą iść dalej. Jednak pociesza mnie myśl, że coraz więcej ludzi przekonuje się nie tylko do muzyki Pezeta, ale także do innych artystów, którzy odchodzą od klasycznego oldschool’owego rapu.
 
 
1Hejting - zjawisko w sieci polegające na nienawidzeniu wszystkiego co tam się pojawia.
2Airmaxy - modne buty sportowe
3Baggy - luźne, workowate spodnie noszone przez reprezentantów rapu i kultury hip hopowej, zazwyczaj krok noszony w kolanach
4
Auto- tune - rodzaj procesora dźwięku, używanego do korekcji wysokości dźwięku instrumentów muzycznych i głosu ludzkiego
5Beef (ang. kłótnia, sprzeczka) rodzaj konfliktu na tle artystycznym związany z szeroko pojętą kulturą hip-hop
 
Katarzyna Umerle




Wywiad z panią Alą Piotrowską - Czarny

Już po raz szósty w II Liceum im. K. K. Baczyńskiego w Koninie odbył się Międzynarodowy Dzień Frankofonii. W tym roku to święto przypadło 22 marca, to właśnie wtedy w murach szkoły zobaczyliśmy szyk i elegancję na korytarzach oraz mogliśmy przysłuchiwać się francuskim hitom sceny muzycznej. W tym roku motywem przewodnim jest kolejna sława francuskiej sceny – ikona muzyki – wielka Edith Piaf. Wszystkie szczegóły o dzisiejszym święcie oraz o swojej przygodzie
z językiem francuskim przybliży nam Pani Ala Piotrowska - Czarny – nauczycielka języka francuskiego.

1.     
Czy pamięta Pani, co ważnego wydarzyło się w czwartek, 6 marca 2008 roku?
Oczywiście, to właśnie wtedy, w naszej szkole po raz pierwszy odbył się Dzień Frankofonii.
 
2.      Jakie emocje towarzyszyły Pani przed pierwszym występem, oraz jakie były reakcje uczniów na wieść o takim święcie?
Przygotowywanie „imprezy francuskiej” to przede wszystkim świadomość, że robi się coś dla popularyzacji języka i to jest fajne, a uczniowie zawsze chętnie włączają się w takie działania.
 
3.      Święto Frankofonii to tradycja II Liceum, w ubiegłym roku motywem przewodnim była Coco Chanel - jej życie, moda, perfumy. W tym roku wielka ikona muzyki - Edith Piaf. Dlaczego?
Edith Piaf zmarła 11 października 1963, a więc w tym roku przypada 50. rocznica jej śmierci.
To taki nasz mały hołd dla legendy piosenki francuskiej.
 
4.      Dzień Frankofonii to …
... poznawanie kultury francuskojęzycznej, połączenie nauki i świetnej zabawy.
 
5.      Jak Pani ocenia tegoroczny Dzień Frankofonii? Czy uczniowie zrealizowali cele, które sobie wyznaczyli ?
Uważam, że tegoroczny Dzień Frankofonii wypadł super, prezentacja o Edith Piaf przygotowana przez uczennice z kl. II c była bardzo ciekawa, występy wszystkich klas na forum - rewelacyjne, a kawiarenka francuska serwowała same pyszności! Spisaliście się na medal, bravo pour vous! Przypominam, że wszyscy uczniowie klas francuskojęzycznych byli zaangażowani w przygotowania. Tego dnia w szkole królował język francuski!
 
Według niektórych osób wywiad bez prywaty to wywiad nieważny, stąd moje pytania:
 
6.      Kiedy postanowiła pani zostać nauczycielką?
Idąc na filologię romańską nie myślałam o tym, żeby zostać nauczycielem języka francuskiego
– chciałam po prostu poznać dobrze język, który bardzo lubiłam w liceum. Nie myślałam aż tak przyszłościowo. Ale tak się szczęśliwie złożyło, że tuż po skończeniu studiów dostałam propozycję pracy w II Liceum i skorzystałam z niej.
 
7.      Z dostępnych źródeł wiem, że wyjeżdżała Pani do Francji. Czym różni się codzienność Francji od naszej polskiej ?
We Francji, w większości miast, wszystkie sklepy, kioski, biura, banki  są zamknięte między godziną 12:00 a 13:30-14:00! Francuzi mają wtedy przerwę na obiad, i albo wracają do swoich domów,  aby wraz z rodziną i najbliższymi zjeść szybki posiłek, albo pędzą do restauracji lub małego bistro na drobną przekąskę (tylko lokale gastronomiczne są wtedy otwarte).  Dużą wagę przywiązuje się do celebrowania posiłków, ich regularności. Kolacja to główny posiłek dnia – wspólne zasiadanie do stołu o stałej porze nadaje pewien rytm codzienności i pielęgnuje więzi między ludźmi. Dzięki wspólnej kolacji, rodzina ma możliwość ze sobą podyskutować po ciężkim dniu w pracy i po prostu ze sobą pobyć. Może dziwić również to, że zamiast deseru na stół podaje się różnego rodzaju sery.
We Francji tydzień pracy ma 35 godzin, a więc o pięć mniej niż w Polsce. Pracę zaczyna się na przykład o 9:00 i jak już wspomniałam, między 12:00-13:30, 14:00 jest przerwa na obiad. Na miejsce pracy wraca się po posiłku i zostaje tam do 17:00 lub 18:00. Podobnie funkcjonują uczniowie.
Kolejną ciekawostką jest to, że Francuzi całują się w obydwa policzki na powitanie, często z ludźmi, których widzą pierwszy raz w życiu. Trudno to nazwać całowaniem, gdyż wygląda to raczej jak takie " policzkowe przytulanie".
Podobnie jak Amerykanie, którzy co chwila pytają "how are you ?", tak Francuzi na początku każdej rozmowy rzucają słynne: "ça va?". Oczywiście odpowiadają, że wszystko w porządku, czyli „ça va bien”.
 
8.      Z czym Pani kojarzy się Francja?
Ze wspaniałymi zabytkami, pyszną kuchnią, piosenką i oczywiście modą, eleganckimi Francuzkami i przystojnymi Francuzami – chyba dość typowe skojarzenia.
 
9.      Jaka jest Pani ulubiona gwiazda francuska?
Edith Piaf – bardzo lubię jej piosenki – wspaniałe teksty.
 
10.  Jaka jest Pani ulubiona potrawa kuchni francuskiej ?
Zdecydowanie ratatouille (czyt. ratatuj), czyli podsmażone, a następnie duszone razem  warzywa doprawione ziołami oraz sałata z sosem vinaigrette.
 
Rozmawiał: Dawid Rolnik

Wywiad z Oskarem Śniegowskim

Oskar Śniegowski  jeden z kandydatów, który po wielkiej kampanii wyborczej uzyskał 163 głosy i zajął drugie miejsce w wyborach do Młodzieżowej Rady Miasta Konina. Właśnie dziś, znalazł chwilę czasu, by opowiedzieć o swoich emocjach, które mu towarzyszyły podczas ogłoszenia wyników oraz o swojej przyszłości, którą stara się planować, rozważając każde za i przeciw.

1      Pierwsze wrażenia po ogłoszeniu wyników wyborów?

Nie ukrywam, że byłem lekko zdziwiony, kiedy zobaczyłem przewagę z jaką mój oponent mnie pokonał. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po ogłoszeniu wyników było złożenie gratulacji wygranemu, które również teraz chciałbym powtórzyć. W ogólnym rozrachunku nie jestem jednak zły lub zawiedziony. 163 osoby zdecydowały się powierzyć mi swoje zaufanie. To wielka odpowiedzialność uzyskać tak duże poparcie. Postaram się zrobić wszystko, żeby ich nie zawieść.

2      Kto lub co skłoniło Cię do wzięcia udziału w wyborach do Młodzieżowej Rady Miasta?

Impuls. Dowiedziałem się o nich całkiem późno, praktycznie w ostatnim dniu złożenia kandydatur, ale nie musiałem się długo zastanawiać. Na taką szansę czekałem i od razu postanowiłem spróbować. Nie bez znaczenia było również zdanie Pana Podemskiego, który wsparł moją kandydaturę i przekonał o słuszności mojej decyzji, za co mu serdecznie dziękuję.

3      Dlaczego chciałeś zostać członkiem Młodzieżowej Rady Miasta?
Po prostu chciałem coś zmienić. Kiedy widzę, że coś jest złe lub nie działa tak jak powinno to staram się to zmienić. Miałem plany, które miałem nadzieję zrealizować, ale wyborcy chcieli inaczej. Rozumiem i szanuję ich decyzję. Chciałbym jednak jeszcze raz podziękować osobom, które zdecydowały, że moje podejście jest słuszne i które myślą, że zmiany są potrzebne.

4      Jakie korzyści dałoby Ci wstąpienie do Młodzieżowej Rady Miasta?

Na pewno doświadczenie, które z pewnością zaprocentowałoby w przyszłości. Od kiedy dorosłem na tyle, żeby wyrobić sobie jakiś pogląd, pilnie śledzę życie polityczne zarówno naszego państwa, jak i innych krajów wspólnoty.
W MRM miałem szansę nie tylko zobaczyć, jak to wygląda od środka, ale również sprawdzić swoje umiejętności w roli przedstawiciela najlepszego liceum w Koninie.

5      Czy miałeś już jakieś plany co do zmian w Młodzieżowej Radzie Miasta?

Tak! I to całkiem sporo. Jednym z nich było zajęcie się sprawą dostosowania autobusów do potrzeb uczniów, którzy jakby nie było stanowią znaczącą większość klientów PKS Konin. Miałem również projekt organizacji spotkań ze znanymi sportowcami oraz patronat nad kilkoma wydarzeniami sportowymi. Ale to już, niestety projekty, których nie zrealizuję.
6      Młodzieżowa Rada Miasta twoim zdaniem to …
Możliwość, dzięki której można coś zmienić na lepsze oraz idealny start dla młodego polityka. Ale to nie wszystko. Młodzieżowa Rada Miasta to również miejsce,
w którym moglibyśmy sławić dobre imię naszej szkoły i organizować śmiałe projekty.

7      Kim zamierzasz zostać w przyszłości?

Hmm... To jest sprawa wciąż otwarta. Myślę, że kimś związanym z dziennikarstwem lub polityką.

… dziennikarstwo to według wielu zawód ginący, więc może medioznawstwo ?


W dzisiejszych czasach zawód dziennikarza jest moim zdaniem błędnie postrzegany. Dziennikarza uważa się jako osobę, która zajmuje się tylko prezentowaniem informacji lub pisaniem artykułów do gazet. W takim razie, żeby jakoś uściślić moją wcześniejszą wypowiedź nazwałbym to "dziennikarzem 2.0", czyli miksem medioznawcy, redaktora i informatyka. Taką osobę, która oprócz pisania na łamach gazety, prowadziłaby własnego bloga, nagrywała vlogi i mogła prowadzić aktywną dyskusję ze swoimi czytelnikami, a przekraczanie granic między poszczególnymi dziedzinami nie stanowiłoby dla niej problemu. Najważniejszy jest jednak dla mnie fakt, że jeśli nie jest się zależnym od jednego źródła zarobku (jak redakcja danego pisma) to nie trzeba się obawiać, że nasza opinia może wpłynąć na zajmowaną posadę.
W skrócie. Być po prostu osobą, która widzi  i potrafi więcej, a co najważniejsze chce się tym dzielić z innymi.

8      Twoja mocna strona to …

zimna krew i oddanie się danej sprawie. Zanim coś zrobię, dobrze to przemyślę, a jeśli się czemuś poświęcam, to na sto procent!

9      W sytuacji podbramkowej …

Zwróciłbym się po radę do osoby, do której mam zaufanie. Ogólnie jednak jestem typem człowieka, który planuje wszystko na tyle, żeby do takich sytuacji nie doprowadzać.

10   Konin to …

początek tej historii (śmiech)

historii, o której …


mam nadzieję jeszcze nie raz usłyszycie!
 
Dziękujemy za rozmowę, poświęcony czas oraz życzymy, aby w przyszłości wszystkie Twoje plany zostały zrealizowane!

Rozmawiali: Aleksandra Łęt, Dawid Rolnik



o1
o2

Wywiad z Henrykiem Jachimskim

Dnia 25 lutego 2013 w murach II Liceum odbyły się wybory do Młodzieżowej Rady Miasta. Przedstawicielem naszej szkolnej społeczności został Henryk Jachimski. Po emocjach związanych z ogłoszeniem wyników udało nam się porozmawiać z naszym nowym radnym.
 
Co skłoniło cię do kandydowania?
 
Henryk Jachimiski: Pomyślałem sobie, że już wcześniej byłem w Młodzieżowej Radzie Miasta i może powinienem znowu kandydować, aby sprawdzić, co się zmieniło w funkcjonowaniu tego organu. Poza tym, trochę zmotywowali mnie koledzy i koleżanki z klasy.

Co sądzisz o wyborach? Bardzo się denerwowałeś przed ogłoszeniem wyników?

 
HJ: Wybory... cóż, to były pierwsze wybory w liceum, w których brałem udział jako kandydat. Jednak kierowałem się zasadami świata polityki i w samym dniu wyborów starałem się nie agitować na swoją korzyść. Do całej sprawy podchodziłem lekko na luzie, ale miałem lekką tremę. Myślałem, że będę musiał wygłosić jakąś krótką przemowę po ogłoszeniu wyników. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
 
Jak się czujesz ze świadomością wygranej?
 
HJ: Z jednej strony cieszę się, że zwyciężyłem w wyborach, z drugiej strony jestem świadom, że czeka mnie dużo pracy w czasie, gdy inni sobie odpoczywają. Wiem, że stanowisko to wiąże się z dużą odpowiedzialnością, której będę musiał podołać.
Jakie cele chcesz realizować dzięki możliwościom, jakie daje Młodzieżowa Rada Miasta?
 
HJ: Przede wszystkim chciałbym kontynuować politykę poprzedniej radnej z ramienia II Liceum. Oprócz tego chciałbym sprawić, żeby młodzieży z naszego miasta żyło się choć trochę lepiej i weselej.

Co sądzisz o swoich konkurentach i kampanii?

 
HJ: Kampania wyborcza była wyjątkowo krótka, ale dość zacięta. Muszę przyznać, że sposób, w jaki mój kontrkandydat Oskar Śniegowski przekonywał do siebie wyborców wydał mi się interesujący. Uznałem początkowo, że trudno będzie go pokonać. Poza tym zaskoczył mnie nieco wynik Małgorzaty Janiak, która zdobyła sporo głosów, pomimo że nie prowadziła aktywnej kampanii wyborczej.
Wiemy, że w gimnazjum sprawowałeś podobną funkcję. Czy te doświadczenia pomogą ci w pełnieniu obecnego zadania?
 
HJ: Moje wcześniejsze doświadczenie jako radnego zdecydowanie mi pomoże w prowadzeniu swojej działalności. Przynajmniej wiem już, jak to wygląda i ominie mnie pewien lęk związany z pierwszymi dniami ma tym stanowisku. Mimo to jednak jestem świadom, że za tym razem będzie zupełnie inaczej niż poprzednio. Nowi ludzie i przede wszystkim nowe zadania, to są elementy odróżniające tę kadencję, od tej, którą pełniłem wcześniej.

Czy uważasz, że działalność Młodzieżowej Rada Miasta jest ważna?

 
HJ: O tak! Młodzieżowa Rada Miasta swoim patronatem obejmuje wiele wydarzeń kulturalnych. Oprócz tego organ ten stanowi pewnego rodzaju "głos młodych", który zostaje wysłuchany przez osoby sprawujące władzę w naszym mieście. Ponadto MRM swoją działalnością aktywizuje młodzież z całego miasta.

Czy tego typu działalność społeczna pomoże Ci w dalszej drodze życiowej?

 
HJ: Ta działalność społeczna z pewnością pomoże mi w przyszłości. Jako członek Młodzieżowej Rady Miasta mam kontakt z ważnymi osobami działającymi na rzecz Konina. Ponadto członkostwo w Młodzieżowej Radzie Miasta będzie ciekawie wyglądało w moim CV, gdyż moi potencjalni pracodawcy będą widzieć, że jestem kreatywny i otwarty na innych.
 
 Ewa Sośnicka Kinga Nejman



Wywiad z Patrycją Grabarczyk

Drugie liceum nie może narzekać na brak talentów. Jednym z nich jest Patrycja Grabarczyk, która ostatnio zgłosiła się do programu „X Factor” i została tam zauważona przez znane widzom tvn jury. Udało nam się zadać kilka pytań naszej szkolnej koleżance.
 
Koło Medioznawców: Co cię skłoniło do wzięcia udziału w X factorze?
 
Patrycja Grabarczyk: Do wzięcia udziału w trzeciej edycji programu X Factor skłoniły mnie przede wszystkim marzenia i chęć zdobycia nowych doświadczeń. Niestety udział w castingach do drugiej edycji telewizyjnego show uniemożliwił mi wypadek samochodowy, któremu uległam, a że jestem osobą, która raczej nie odpuszcza, to spróbowałam swoich sił w 2013 roku.
 
 
KM: Co było dla Ciebie najbardziej zaskakujące?
 
PG: W programie zaskoczyła mnie życzliwość innych uczestników i domowa atmosfera, która tam panuje.
 
KM:Jak wyglądają kulisy programu? Może zdradzisz nam kilka szczegółów?
 
PG:Jest tam ogromne zamieszanie, tłok, dużo kamer, fotografów. Atmosfera jest napięta, dlatego żeby się od niej uwolnić i odstresować przed występem uciekałam do rozmów zbliskimi mi tam osobami. Podczas trzeciego etapu, jakim był Bootcamp byliśmy dzieleni na grupy po trzy osoby i wspólnie wykonywaliśmy wcześniej wybrany utwór (Emeli Sand- Next to me) przed Kubą, Tatianą i Czesławem.
 
KM: Kto wspierał Cię podczas castingów? 
 
PG:Podczas castingów, na widowni wspierało mnie prawie 50 osób z Konina i okolic. Byli to uczniowie naszej szkoły, jak i studenci. Za kulisami zaś wspierała mnie moja mama, siostra Iwona i grupa przyjaciół: Marika Tylkowska, Agata Grzelak i Mateusz Mroczkowski. Oprócz tego otrzymywałam wiele wiadomości sms i telefonów od osób, które nie mogły mi towarzyszyć ale były przy mnie duchem.
 
 
KM:Jak na twój występ w programie zareagowała społeczność szkolna?
 
PG. Po powrocie do szkoły dużo osób mi gratulowało i byli dla mnie bardzo mili. Byli też ciekawi, jak to wszystko wygląda z bliska i zadawali wiele pytań.
 
 
KM: A jakie są twoje plany na przyszłość?
 
PG: Moje plany na przyszłość opierają się oczywiście na muzyce. Chcę wydać wiele płyt, które dobrze się sprzedadzą. Marzę o koncertach na dużych scenach. Na pewno będę się dalej rozwijać. Już niedługo zaczynam kursy wokalne i językowe w Wielkiej Brytanii.
 
 
KM:Bardzo dziękujemy Ci za rozmowę i życzymy wszystkiego dobrego.
 
 
PG:Ja również dziękuje.
 
 
 
 Marta Wojciechowska i Kinga Nejman 





Miłość, czyli ciecz o zapachu ryb

   Inspirująca, o wielu twarzach, wszechobecna, podstępna, doprowadzająca do szaleństwa… miłość, bo o niej właśnie mowa jest uczuciem towarzyszącym człowiekowi od pierwszych jego dni. Czym jednak ona jest? Niezidentyfikowanym cudem, czy też zwyczajnym efektem ubocznym  działania licznych hormonów regulujących procesy fizjologiczne w naszym organizmie?
 
Bo to się zwykle tak zaczyna…
 
Wielu próbowało zdefiniować miłość. Powstawały rozprawy filozoficzne, książki… Wszystkie te działania okazały się jednak próżnym trudem. Dlaczego? Otóż stworzenie definicji uczucia odczuwanego tak indywidualnie jest zwyczajnie niemożliwe. Swego czasu postanowiłam zadać kilkorgu spośród swoich znajomych pytanie, czym dla nich jest miłość? Dopiero to, co usłyszałam uświadomiło mi z jak szerokim pojęciem mam do czynienia. Część osób z uśmiechem i maślanymi oczyma opowiadała mi o doświadczanym wewnętrznym cieple, o radości, wsparciu, szczęśliwych chwilach spędzonych z drugą osobą, czy też o tym, jak bardzo zmieniło się ich życie od czasu znalezienia swojej drugiej połówki.
Inni z ironicznym uśmiechem jednoznacznie stwierdzili, że coś takiego jak miłość w ogóle nie istnieje. Ich zdaniem tzw. „miłość” jest zwyczajnym, słabnącym z czasem i prowadzącym do cierpienia, strachem przed samotnością,
Moim skromnym zdaniem obie opinie mają w sobie odrobinę prawdy. Faktem jest to, że człowiek jest zwierzęciem stadnym. Potrzeba drugiej osoby jest genetycznie uwarunkowanym czynnikiem nie do pokonania. Są różne rodzaje miłości: do matki, dziecka, partnera, babci czy też do zwierzęcia. Miłość nie jest też uczuciem stałym i niezmiennym, gdyż ewoluuje przez cały czas. Inaczej kocha dwuletni maluch, a inaczej dojrzały mężczyzna. Wraz z wiekiem zmieniają się też priorytety. To, co kiedyś nie miało dla nas znaczenia, z dnia na dzień staje na pierwszym miejscu, wywołuje burzę i wywraca całe życie do góry nogami. Dlaczego mówię o tym akurat teraz? Skłoniła mnie do tego pora, bowiem luty oprócz wielkich mrozów kojarzy się przede wszystkim z Walentynkami- Świętem zakochanych.
 
Czekoladowe serduszka, tylko 10 zł za kilogram!!!
 
Historycy na miejsce powstania tego osobliwego święta kreują Starożytny Rzym. Nam jednak bliższa jest Wielka Brytania, która to w XVIIIwieku za sprawą niejakiego Waltera Scotte’a została okrzyknięta na cały świat kolebką doskonale znanego nam Dnia Świętego Walentego. W Polsce wielki „miłosny biznes” na dobre rozpoczął się dopiero w latach ’70 XXw. Nie bez powodu użyłam słowa „biznes”, gdyż 14 lutego wielu ludziom kojarzy się z kiczem, komercją i kolejnym sposobem na zarobienie gigantycznych pieniędzy. Jak wiele ma to wspólnego z rzeczywistością każdy może przekonać się na własnej skórze. Wraz z końcem „bożonarodzeniowych klimatów”, kiedy to już w optymistycznym nastroju pragniemy wkroczyć w kolejny Nowy Rok, niemalże natychmiast zostajemy zasypywani nowymi, coraz bardziej zaskakującymi pomysłami na spędzenie tego jakże wyjątkowego dla niektórych osób dnia, jakim jest Święto Zakochanych. Tanie zagraniczne wycieczki w najromantyczniejsze miejsca świata, romantyczne hotele z jeszcze bardziej romantyczną atmosferą. Czekoladki w kształcie serca, bukiety róż, wiersze, kartki, misie, a przecież to tylko kropla tego, co możemy znaleźć na rynku. Obecnie wszystko uzależnione jest wyłącznie od zasobności portfela. Ale na miłości się nie oszczędza…
 
It’s the final countdown
 
A kiedy wydamy już ostatnie oszczędności na miłosne przyjemności możemy na kolejne 364 dni powrócić do codziennej sielanki. Bo miłość to przecież nie tylko kwiatki, misie i serduszka. To przede wszystkim nieustanna walka charakterów. To codzienna bitwa o przetrwanie. To dążenie do samorealizacji i spełnienia, przy jednoczesnej świadomości, że trzeba liczyć się z kimś więcej, niż z samym sobą. Nie zawsze jest kolorowo. Nie zawsze też wszystko wychodzi tak, jakbyśmy tego chcieli. Kompromisy to najistotniejszy element związku, bez których para nie ma szans egzystować. Wspólne przejścia cementują więzi. Co jednak, jeżeli nadejdzie chwila zwątpienia, której nie wytrzyma jedna ze stron? Tu właśnie ujawnia się mroczna strona tego skomplikowanego w swej istocie uczucia.
 
„A ona głucha na moje namowy, rozpaczą zdjęta, pozostała w miejscu, i jak się zdaje, cios zadała sobie…”
 
Okrutna, to chyba najtrafniejsze słowo określające miłość. No bo jak inaczej nazwać coś, co powoduje tak skrajne stany, od euforii zaczynając, a na gigantycznym bólu i depresji, w ostatecznym rozrachunku prowadzącej do śmierci kończąc. Aby to udowodnić wcale nie musiałabym daleko szukać. Kilka lat temu młody, zdrowy i szczęśliwy chłopak z mojej okolicy zakochał się. Nie byłoby w tym niczego strasznego, gdyby nie fakt, że został odrzucony przez swoją wybrankę. Sytuacja rozgrywająca się w świecie nastolatków zwyczajnie go przerosła. Chłopak targnął się na swoje życie. Czy naprawdę tak powinno wyglądać uczucie kojarzące się z uniesieniem i radością? Skrajne uczucia mają jednak swoją drugą stronę. Często stają się inspiracją do stworzenia wielkich dzieł od opowiadań i wierszy zaczynając, a na filmach i muzyce kończąc.
 
„Ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie…”
 
Która z nas nie marzyła choć raz o tym, żeby dostać stworzone własnoręcznie przez swojego wybranka, oryginalne, jedyne w swoim rodzaju wyznanie miłosne? W literaturze wiele było kobiet, dla których powstawały nie tylko wiersze, ale i całe poematy. Każdy z nas na pewno słyszał, np. o Maryli Wereszczakównie, bez której Adam Mickiewicz być może nie osiągnąłby nawet połowy tego, czego udało mu się dokonać. Wiersze to jednak zaledwie preludium do przekazu, jakim dla współczesnych ludzi stała się muzyka. Ze wszystkich stron jesteśmy bombardowani miłosnymi tekstami piosenek. Nie ma co owijać w bawełnę: poziom wielu z nich pozostawia bardzo wiele do życzenia. Wielką popularnością cieszy się, np. disco-polo, w którym teksty piosenek często porażają niskim poziomem merytorycznym. Komu jednak nie ciśnie się na twarz uśmiech, kiedy słyszy wokalistę skocznie śpiewającego „Moja mała blondyneczko, czy Ty o tym wiesz…”?
 
Ciecz o zapachu ryb
Było zabawnie, dramatycznie, z przymrużeniem oka. Przyszedł najwyższy czas na nowinkę prosto z naukowego świata. To właśnie bardzo mądre badania- przynajmniej teoretycznie- tłumaczą mechanizm miłości. Naukowcy twierdzą, że za uczucie przez wielu nazywane miłością odpowiedzialna jest Fenyloetyloamina o wzorze C8H11N, czyli związek chemiczny o zapachu ryb, który w odpowiednich ilościach ma działanie psychoaktywne, podobne do działania amfetaminy. Po szerokiej gamie badań wyciągnięto parę ciekawych wniosków.
 
 W organizmie człowieka zakochanego zachodzą procesy przypominające w dużym stopniu te mające miejsce po spożyciu silnych narkotyków. Stan euforii jest silnie uzależniający i często prowadzi do szaleństwa. I tu nasuwa się kolejne trudne pytanie: Czy zakochani powinni zostać pozbawieni prawa do prowadzenia pojazdów i jednocześnie zostać skierowani na obowiązkowy odwyk do specjalnie wybudowanych na tę okoliczność klinik? Może. Aczkolwiek na to pytanie w tym artykule nie odpowiem.
A może lepsza by była delegalizacja? Takie rozwiązanie z pewnością ucieszyłoby niejednego zmagającego się z widokiem wszechobecnych zakochanych singla. Cóż. To jak podchodzimy do sprawy miłości zależy już tylko od nas. Ale może jednak warto czasem otworzyć się na trochę ciepła w te mroźne dni?
 
 Małgorzata Janiak 




WALKA DOBRA ZE ZŁEM

      Każdego dnia dokonujemy wielu wyborów. Niektóre z nich prowadzą nas prosto do wyznaczonego celu, inne niestety są trudne i wymagają od nas o wiele więcej pracy i wysiłku. Wtedy wydaje nam się, że cel jest nieosiągalny.
Pewnie wiele razy, gdy mieliście jakiś problem, słyszeliście od swoich bliskich, że zawsze są dwa rozwiązania i to od nas zależy, jakiego wyboru dokonamy. Niestety często wybieramy tę drogę, która wymaga od nas niewielkiego nakładu pracy. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta -ponieważ okazuje się ona łatwiejsza, a nam nie opłaca się wysilać. Owszem, rozwiązanie jest łatwiejsze, ale dokonując wyboru nie myślimy o tym, czy postępujemy uczciwie oraz czy nasze postepowanie nikogo nie skrzywdziło. Nie chcę tutaj poruszać spraw religijnych, bo wtedy, aby wyjaśnić ten problem musiałabym napisać książkę o tematyce moralnej, filozoficznej itp. Pragnę jedynie wspomnieć o zasadach etycznych, które zawsze powinniśmy brać pod uwagę.
       Istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie, dla którego wybieramy prostsze rozwiązanie. Jest to „walka dobra ze złem”, która się w nas dokonuje. Brzmi nieprawdopodobnie? Może trochę, ale należy pamiętać, że ta kwestia poruszana była przez wielu filozofów od niepamiętnych już czasów. Chciałbym przytoczyć przykład pewnej młodej dziewczyny, Anneliese Michel. Wychowała się w bardzo katolickiej rodzinie, była bardzo towarzyska. Gdy poszła na studia pedagogiczne zaczęła chorować na epilepsję (przynajmniej tak uważali lekarze). Gdy została skierowana do szpitala stwierdzono, że nawet tam nie są w stanie jej pomóc...  Wkrótce, podczas modlitw zaczęły jej się ukazywać twarze demonów i zrozumiała, że jest opętana. Owo opętanie zaczęło wpływać bardzo widocznie na jej zachowanie i gesty, których nie kontrolowała. Posiadała nie proporcjonalnie dużą siłę fizyczną w stosunku do swojej masy ciała. Mięśnie szyi były tak twarde, że uniemożliwiały jej przełykanie. Po pewnym czasie na jej ciele pojawiły się rany i blizny, które przypominały stygmaty  Miała je w tych samych miejscach co Jezus Chrystus .Wielokrotnie twierdziła, że widziała wizerunek Matki Boskiej. Została poddana kilku egzorcyzmom. Podczas ostatniego zmarła.  Według zeznań ks. Ernsta Alta, kierownika duchownego dziewczyny, Anneliese dobrowolnie przyjęła na siebie cierpienia, chcąc ukazać światu, że w człowieku dokonuje się „walka dobra ze złem”.
    Historia dziewczyny jest niezwykle poruszająca. Nie wiadomo, tak naprawdę czy rzeczywiście była chora, czy jednak opętana, ale jej los jest dla nas wielkim ostrzeżeniem i przestrogą. Pamiętajcie, że dokonując jakiegokolwiek wyboru zawsze pojawią się dwa wyjścia i wtedy toczy się w was owa walka. Nie pozwólcie, by wybrane przez was rozwiązania były nieprzemyślane. Kierujcie się rozsądkiem, uczciwością, rozumem, ale i ofiarnością, a wtedy dobro zawsze przezwycięży zło. Pamiętajcie, że tylko ci, którzy mają pragnienie sprawiedliwości i posiadają silny kręgosłup moralny potrafią sprostać wszelkiemu złu oraz zrealizować swoje cele i marzenia.

Daria Pawlak

Mroźna Szwecja z amerykańską pompą, czyli o „Dziewczynie z tatuażem” słów kilka

   Weźmy jeden z największych bestsellerów ostatnich lat i jednego z najbardziej cenionych reżyserów ostatniego (niemal) ćwierćwiecza. Dodajmy do tego niezłą obsadę i... to się po prostu nie może nie udać.
Tak właśnie myśląc, mając nadzieję na świetne, emocjonujące kino, po którym ciężko będzie iść spać (no bo niby jak to zrobić, po takiej dawce adrenaliny?) zasiadłem do najnowszego filmu Finchera. I trzeba przyznać, że wszyscy świetnie wywiązali się ze swojego zadania. Rozczarować się nie rozczarowałem, ale bez mieszanych uczuć się nie obyło.
 
   Przed przejściem do konkretów muszę jeszcze zaznaczyć, że przeczytałem całą trylogię Milenium i bardzo mi się podobała. Daleki jestem od gloryfikowania każdego słowa wychodzącego spod pióra Larssona, ale muszę przyznać, że to kawał świetnego kryminału.
 
„Historia” to słowo klucz „Dziewczyny z tatuażem” oraz mojej recenzji. To właśnie opowieść jest najważniejszym elementem filmu, a  ściślej rzecz ujmując samo jej opowiadanie. Film jest bardzo  spokojny, powiedziałbym wręcz, że leniwy. Fincher przedstawia nam opowieść, a my siedzimy i z zaciekawieniem ją chłoniemy. Jest to  najjaśniejszą stroną tego obrazu, sprawia widzowi ogromną przyjemność i satysfakcjonuje. Mamy klimat mroźnej i mrocznej Szwecji, mamy okrutne morderstwa i gwałty, mamy w końcu zagadkę, równie ponurą jak krajobraz za oknem. Mamy też (no dobrze, ja mam) jedno spore „ale”. To wcale nie historia jest najlepszym elementem książkowego pierwowzoru, a bohaterowie. Mikael Blomkvist i oczywiście osławiona Lisbeth Salander. On, dziennikarz  w średnim wieku, który akurat stracił wiarygodność i ona, młoda dziewczyna, aspołeczna, niezrównoważona psychicznie, diabelnie inteligentna, genialna hackerka. Kiedy czytamy książkę, mamy wrażenie, że bohaterowie natychmiast zyskują naszą sympatię i wywołują ogromne emocje. To właśnie dzięki temu historia przedstawiona w książce jest tak wciągająca i ekscytująca. Tych emocji, o których teraz piszę nie udało się przenieść na kinowy ekran. Oczywiście Daniela Craiga jako Mikaela wprost nie da się nie lubić, a Rooney Mara jako Lisbeth od razu przykuwa naszą uwagę. Jednak postacie nie są dostatecznie dobrze przedstawione i wielowymiarowe. Niestety, dostało się przez to samej opowieści, która jest po prostu ciekawa, i nic ponadto. Nie wywołuje większych emocji i  nie do końca przejmujemy się losami bohaterów. Nie chcę mówić, że są nam obojętni, ale w odczuciu wielu osób z pewnością nie minąłbym się z prawdą. Wszystkie te uczucia towarzyszyły mi przy czytaniu książki, i tego nie udało się niestety  przenieść na ekran. Ogromna szkoda, ale nie mam pewności, czy było to w ogóle możliwe.
 
     Na płaszczyźnie technicznej film jest, jak można się było spodziewać, rewelacyjny. Wszystko tu ze sobą współgra, a muzyka świetnie dopełnia obraz. Aktorsko również jest bardzo dobrze. Miałem co prawda pewne obawy co do Rooney Mary, ale trzeba przyznać, że młoda aktorka poradziła sobie, z niełatwą przecież rolą, całkiem nieźle. Jest to również  jedna z najlepszych ról Daniela Craiga w jego karierze. Zapomnijcie o Bondzie! Na szczęście ani przez chwilę nie przypomina on agenta 007. Daniel jest bardzo przekonujący i czarujący, dokładnie taki jak jego książkowy pierwowzór, Mikael. Aktorzy drugoplanowi również podołali zadaniu, choć nie ma tu żadnej genialnej roli, którą byśmy zapamiętali na lata. 
 
     Jest w tym filmie taka scena, która ma szansę stać się kultową. Scena, podczas której można się w „Dziewczynie”, jeśli nie zakochać, to przynajmniej zauroczyć. Jest to scena tak dobra, że nawet, jeśli obraz Finchera byłby zupełną katastrofą, nawet gdyby (nie) wypalił niczym  fajerwerki w domu Mario Baloteliego, to i tak warto by go było obejrzeć. Dla tej właśnie sceny. Dla sceny tortur w rytmie Orinoco Flow. To trzeba zobaczyć!
 
     Na rok 2014 zapowiedziana jest już ekranizacja drugiej części trylogii Larssona, czyli  „Dziewczyny, która igrała z ogniem”. Uważam, że ma ona o wiele większy potencjał filmowy, i z pewnością będę wyczekiwał ekranizacji  z taką cichutką nadzieją na jeden z najlepszych filmów roku.  O „Dziewczynie z tatuażem” co prawda nie można tego powiedzieć, ale smażyłbym się w piekle za stwierdzenie, że stratą czasu było jej oglądanie.
Ocena:
7/10
 (A jeżeli ktoś książki nie czytał, to natychmiast niech nadrobi zaległości. Tę historię po prostu wypada znać.)
 
Filip Szambelan



WRAŻENIA PO WARSZTATACH W GNIEŹNIE

      Do Gniezna, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, jechałem z pewnym problemem, który miałem nadzieję w czasie tych trzydniowych wykładów rozwiązać. Otóż chciałem uzyskać odpowiedź na pytanie, czy jest jakiś głębszy sens we wkroczeniu w świat mediów, marketingu, dziennikarstwa i dobrze zakamuflowanej psychologii. Cóż… Jasnej odpowiedzi nie otrzymałem, ale skłamałbym gdybym powiedział, że wykłady nie wyjaśniły mi kilku kwestii.
       Pani Profesor Eliza Grzelak potwierdziła kilka myśli, które chodziły mi po głowie od dłuższego czasu, ale dała również nowe, zdecydowanie większe pole do rozmyślań. Swoją drogą, Pani Profesor to osoba o ogromnej wiedzy i dobrze wypracowanej, zapewne latami doświadczeń, umiejętności współpracy z młodzieżą – potrafi przedstawić swoje zdanie, jednocześnie nie narzuca go, co znacznie zwiększa atrakcyjność tez, które stawia. Odbiorca sam może przeanalizować podawane treści i zgodzić się z proponowaną ścieżką rozważań lub polemizować i prowadzić dyskusję.
    Wykład pani profesor Elizy Grzelak był, moim zdaniem, jedynym punktem tego wyjazdu dającym do myślenia i inspirującym do dalszych poszukiwań. Reszta wykładowców miała za zadanie przekazać treść i dobrze to zrobiła. Jednak poza wykładem Pani Profesor i pokazem filmu „Vaccus”, żaden z pozostałych wykładów mnie nie zaciekawił. Po żadnym nie miałem ochoty iść do pokoju, włączyć komputer i samemu poszukać dalszych informacji na dany temat. Nie można powiedzieć, że nie były na swój sposób interesujące, czy też, że były słabe merytorycznie, ale zapewne brakowało im „tego czegoś”.
     Ogólne moje wrażenie po warsztatach medioznawczych jest jednak bardzo pozytywne.
Czy gdybym mógł, powtórzyłbym taki wyjazd? Oczywiście. Z tym wyjątkiem, że mogłoby to się zdarzyć latem. Dla ciepłolubnych 10 stopni mrozu, to zdecydowanie za dużo na takie wypady. 

Oskar Śniegowski



NIEDZIELNY PORANEK


Niedzielny poranek. Idąc do sklepu, mijam kilka uśmiechniętych dziewczyn, mniej więcej w moim wieku, z puszkami, serduszkami na kurtkach i... nagłe olśnienie, przypominam sobie: „no tak, przecież dzisiaj Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy”. Odruchowo łapię się za kieszenie, wrzucam kilka złotych do puszki, dostaję naklejkę od uśmiechniętych dziewczyn i idę dalej.
                Faktem jest, że WOŚP cieszy się z roku na rok coraz większą popularnością. Akcja finałowa angażuje wielu wolontariuszy, którzy tego dnia zbierają pieniądze w całej Polsce. Organizowane są także liczne koncerty. Impreza zakończona jest popularnym ‘światełkiem do nieba’. Jak czytamy na oficjalnej stronie organizacji: „ Celem Fundacji jest działalność w zakresie ochrony zdrowia, polegająca na ratowaniu życia chorych osób, w szczególności dzieci, i działanie na rzecz poprawy stanu ich zdrowia, jak również na działaniu na rzecz promocji zdrowia i profilaktyki zdrowotnej”. Jak wszyscy wiemy, fundacja robi wiele dobrego dla innych, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Na przestrzeni lat zbierano pieniądze na różne szczytne cele, m.in. na ratowanie dzieci z chorobami serca czy wczesne wykrywanie nowotworów u dzieci itp. Każdy człowiek, który ma chociaż odrobinę wrażliwości na cierpienie innych, nie przejdzie obojętnie obok wolontariusza z puszką. Jednak praca fundacji nie ogranicza się tylko do tego jednego dnia w roku, czyli Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Działa ona przez cały rok. My także możemy pomóc w każdej chwili.
            Pomysłodawcą i organizatorem Finału WOŚP jest Jerzy Owsiak. Jest to osoba niebanalna, u niektórych budząca niechęć, jednak jego działalność charytatywna przynosi wiele korzyści i o tym należy zawsze pamiętać. Kiedy wrzucam te kilka złotych do puszki, wierzę, że robię to dla osób potrzebujących, a nie dla Owsiaka.
            Nasze liceum, jak co roku, wzięło udział w happeningu organizowanym z okazji Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Miło jest słyszeć, że byliśmy najliczniej reprezentowaną szkołą w Koninie. Świadczy to o tym, że młodym ludziom nie jest obojętne cierpienie innych i z przyjemnością angażują się w akcje charytatywne.
Niech zatem WOŚP cieszy się niesłabnącą popularnością wśród ludzi. To dzięki naszemu zaangażowaniu fundacja może pomagać innym.

Paulina Sztejkowska
 

DIABEŁ ZAPŁACZE PO RAZ PIĄTY

     Restarty popularnych serii gier często kończą się niezadowoleniem fanów. Wielu wielbicieli Devil May Cry, uważało odświeżenia gry za zły pomysł. Czy mieli rację? 15 stycznia 2013 roku miała miejsce światowa premiera DMC: Devil May Cry na Xbox’a 360 oraz Playstation 3.
     W grze wcielamy się w Dantego. Jest Nefilimem - istotą zrodzoną z anioła i demona i władającą ich mocami. Główny bohater walczy z demonami w równoległym świecie zwanym Limbo. Jego niesamowite umiejętności w posługiwaniu się wszelkiego rodzaju bronią okazują się bezcenne w obliczu zagrożenia z innego wymiaru.
   Gra skupia się w dużej mierze na starciach z demonami. Mechanika walki nie zmieniała się zanadto względem poprzednich części. Dodano kilka nowych broni. Za pokonanie przeciwnika dostajemy punkty. Im bardziej spektakularne będzie starcie z oponentami, tym więcej punktów uzyskamy. Oprócz walki w grze występuje dużo elementów platformowych. Dzięki swoim mocom Dante potrafi wykonywać nadzwyczajne akrobacje np. podwójny skok.
   Grafika prezentuje się atrakcyjnie, jednakże nie powala z nóg, ponieważ gra korzysta z silnika Unreal Engine 3.0. Sporym szokiem dla najwierniejszych fanów serii jest wygląd głównego bohatera. Dante nie posiada charakterystycznych białych włosów i wygląda jak przedstawiciel subkultury Emo.
Polska premiera DMC: Devil May Cry na PC odbędzie się 25 stycznia 2013. Chociaż gra była produkowana przez studio Ninja Theory (a nie jak dotychczas przez Capcom) powinna zainteresować wszystkich wielbicieli Dantego.

Kamil Szczepanowski



TO NIE TYLKO TRADYCJA

     Wigilia…Święta Bożego Narodzenia…Już wkrótce będziemy celebrować te dni, których z niecierpliwością oczekuje cały świat, a w szczególności dzieci.
      Zapewne zauważyliście już „ świąteczne szaleństwo”, które ogarnęło ludzi. Wiąże się to oczywiście z zakupami oraz robieniem prezentów, które później znajdą się pod świątecznym drzewkiem. To zjawisko pojawiło się w tym roku o wiele wcześniej niż powinno, a mianowicie wraz ze zniknięciem ze sklepów listopadowych zniczy upamiętniających zmarłych. W dzisiejszych czasach Święta Bożego Narodzenia stały się towarem, na którym można całkiem dobrze zarobić. Wchodząc do jakiegokolwiek sklepu widzimy: mikołajkowe skarpetki, wianeczki, ozdoby choinkowe, lukrowane pierniczki. Wszystko to stwarza nazbyt przesłodzoną atmosferę świąt, którą przecież lubimy i w pełni akceptujemy. Kobiety zaczynają lub kończą już przedświąteczne porządki, by ich domy lśniły na ten wyjątkowy czas. Gdy wracamy do domu, z kuchni dochodzi nas zapach aromatycznych ciast i ciasteczek. Dzieci przygotowują się do szkolnych jasełek. Czekają z niecierpliwością na prezenty. Choinka piękna, przepełniona ozdobami, stoi w naszym pokoju… Na stole biały obrus, potrawy wigilijne, świąteczna świeca… Na niebie w końcu pierwsza gwiazdka. A więc wszystko już gotowe? Możemy zasiadać do stołu? Nie, moi mili. Nie tylko na takich przygotowaniach polegają te święta. Owszem powinniśmy przygotować potrawy, stół wigilijny, ubrać choinkę, położyć pod nią prezenty, ale przede wszystkim powinniśmy przygotować siebie. Nie chodzi mi tu o włożenie na siebie odświętnego ubrania, ale o to, by pomyśleć nad istotą i sensem Świąt Bożego Narodzenia. Te wartości przysłania nam obraz świąt, który sami stworzyliśmy wzorując się na innych krajach. Wraz z rozwojem cywilizacyjnym cofamy się pod względem relacji społecznych, ponieważ tak bardzo pochłaniają nas codzienne obowiązki, że przestajemy się nawzajem zauważać. Brakuje nam czasu dla bliskich.
Święta Bożego Narodzenia to czas wielkiej zmiany, nie tylko w roku liturgicznym, ale w szczególności w naszym wnętrzu. Tutaj rodzi się nadzieja, wiara i miłość, którą powinniśmy dzielić się z bliskimi nam ludźmi. W tym czasie nie ma miejsca na zawiść, złość i rozczarowanie. Święta to czas, kiedy wszyscy powinniśmy okazywać sobie wzajemny szacunek, a życzenia, które sobie składamy niech pochodzą prosto z serca.
         Podzielmy się miłością z innymi. Sprawmy, by promieniała od nas nadzieja i wiara, że każdy dzień jest darem. Nie pozwólmy na to, by Święta Bożego Narodzenia były tylko tradycją, a uroczystość wigilijna jedynie odświętną kolacją.
 
Daria Pawlak




    Pod koniec listopada oficjalnie zakończono Projekt Konińskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku p.t.: „Ocalić ślad – Zrozumieć świat”, który był wspierany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego. Realizowano go w porozumieniu z II Liceum im. K.K. Baczyńskiego w Koninie. Projekt ten rozpoczął się już w maju ubiegłego roku szkolnego. Jego celem było spisanie wspomnień słuchaczy Uniwersytetu Trzeciego Wieku – ludzi, którzy w latach 60/70 przybyli do Konina. Konin był wówczas dopiero rozwijającym się miastem i – jak wspominają seniorzy – zupełnie innym niż dzisiaj. Projekt był tak zorganizowany, że każdemu zespołowi uczniowskiemu została przydzielona osoba, z którą następnie młodzież przeprowadziła wywiad. Seniorzy opowiedzieli nam historie swojego życia, mówili, co było powodem ich decyzji przeprowadzenia się do Konina oraz z sentymentem wspominali czasy swojej młodości, kiedy byli aktywni zawodowo i przyczyniali się do rozwoju miasta. Osobami odpowiedzialnymi za to przedsięwzięcie w naszej szkole byli: p. Andrzej Warda oraz p. Danuta Godyń. Głównym koordynatorem projektu była p. Maria Serafin. Owocem naszej współpracy są wspomnienia dwunastu seniorów zebrane w formie książki. Oficjalne zakończenie projektu miało miejsce 3 grudnia 2012 w naszej w szkole. Na spotkaniu obecni byli zarówno słuchacze Konińskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, jak i młodzież biorąca udział w przedsięwzięciu oraz koordynatorzy. W miłej atmosferze podsumowaliśmy projekt, każdy otrzymał wydanie książkowe wspomnień. Ponadto pani Urszula Adamska, prezes Konińskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku wręczyła uczniom certyfikaty udziału w projekcie „Ocalić ślad- zrozumieć świat”. Seniorzy byli bardzo wzruszeni efektem współpracy. Udział w tym przedsięwzięciu był niesamowitym doświadczeniem dla wszystkich uczestników.
 
Paulina Sztejkowska

LEGO, TOLKIEN I INFANTYLNY HUMOR

     „Władca Pierścieni” doczekał się kolejnej wersji w świecie gier. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż Śródziemie zostało przedstawione z klocków Lego. 23 listopada 2012 roku miała miejsce Polska premiera gry studia Traveller’s Tales - Lego Władca Pierścieni.
W trybie fabularnym misje są wzorowane w większej mierze na filmie reżyserii Petera Jacksona, niż na książce Johna R. R. Tolkiena. Głównym celem gracza jest dotarcie do Góry Przeznaczenia i zniszczenie Jedynego Pierścienia. W czasie trwania misji wcielamy się w postaci znane zarówno z filmu, jak i książki.
       Mechanika gry posiada sporą liczbę innowacji względem poprzednich gier z serii Lego. Otwarty świat, który można przemierzać bez ograniczeń oraz dialogi między postaciami nie mogą być dla gracza niezauważalne. Podróżując po Śródziemiu można spotkać postaci z książki i filmu, wykonywać przeróżne zadania poboczne i niszczyć wszystkie obiekty zbudowane z klocków. Brak „centrum dowodzenia” może być odrobinę irytujący, jednakże można się do tego przyzwyczaić. 
W grafice zbyt dużych innowacji nie wprowadzono.  Obraz w grze wygląda przyzwoicie i w miarę dobrze przedstawia Śródziemie.
       Dźwięk w grze jest doskonały. W tle słychać soundtrack skomponowany przez Howarda Shore’a do filmu „Władca Pierścieni”. Ludziki Lego posiadają głosy aktorów grających w filmie.
Gra Lego Władca Pierścieni jest obowiązkową pozycją dla wszystkich wielbicieli Śródziemia oraz prostodusznego humoru serii Traveller’s Tales. Będzie to idealny prezent pod gwiazdkę dla młodszego rodzeństwa.

Kamil Szczepanwski




SZALEŃSTWO W TROPIKACH


       Trzecia część gry Far Cry jest najciekawszą ze wszystkich. Posiada wyjątkowy klimat, który sprawia, że wyróżnia się ona od innych. Premiera gry w Polsce nastąpiła 29 listopada 2012.
Gracze wcielają się w Jasona Brody’ego, którego wakacje zostają przerwane z powodu nieszczęśliwego skoku ze spadochronem. Lądujemy na wyspie pełnej niezrównoważonych psychicznie piratów. Celem Jasona będzie ucieczka z wyspy, a żeby to osiągnąć należy odbić wyspę z rąk piratów.            Fabuła jest zdecydowanie ciekawsza od poprzedniej wersji.
Poruszanie się po wyspie nie jest ograniczone. Świat jest ogromny, dlatego najlepiej przemierza się go za pomocą pojazdów. Główny bohater zyskuje doświadczenie m.in. za wykonywanie zadań i zabijanie wrogów. Zyskane punkty można przeznaczyć na rozwinięcie postaci.
       Grafika jest przepiękna.  Zdarzają się drobne błędy, jednakże są one niemal niezauważalne. Dźwięk jest bardzo przyjemny. Muzyk podkreśla tropikalny klimat, a zwierzęta wydają autentyczne dźwięki np. ostrzegawcze pomrukiwania drapieżników.
       Gra jest znakomita . Polecam ją wszystkim, którzy lubią otwarty świat rodem z GTA i strzelaniny niczym w Call of Duty.

Kamil Szczepanowski




CZY WARTO CZYTAĆ KSIĄŻKI?

 
9 października 2012 miała miejsce światowa premiera gry „Dishonored”.  Jest to „skradanka” ukazana z perspektywy pierwszej osoby, osadzona w realiach steampunku.  W grze wcielamy się w Corvo, ochroniarza zamordowanej cesarzowej. Corvo pragnie się zemścić na Lordzie Regencie, który wmieszał go w zabójstwo Cesarzowej. Główny bohater jest świetnie wyszkolony, posiada dużo wymyślnych gadżetów oraz nadprzyrodzone zdolności.
Gra nie ma otwartego świata, jednakże posiada mnóstwo możliwości przejścia każdej misji. Grafika mocno nawiązuje do stylu steampunku i XIX-wiecznej Anglii. Dzięki temu zabiegowi można nacieszyć oko nieprzeciętnymi obrazami i wczuć się w oryginalny klimat XIX wieku.
Premiera gry w Polsce odbędzie się 12 października 2012 roku. Polecam ją wszystkim zainteresowanym i z niecierpliwością czekam na pojawienie się jej na pólkach polskich sklepów.
                             
Kamil Szczepanowski
 

Wielu z Was na powyższe pytanie odpowiedziałoby: nie warto. Po co? Czy jest sens tracić czas na czytanie w dobie internetu, streszczeń, bryków, filmów nakręcanych na podstawie książek?  Tylko czy na pewno jest to „stracony czas”?
                „Masz ubogie słownictwo. Musisz więcej czytać” – ile razy słyszycie to na lekcji polskiego? U mnie w klasie słowa te padają dość często. Pytanie tylko, ile osób bierze je do siebie i naprawdę zmienia swoje nawyki i zaczyna sięgać po książki?  Trzeba jednak przyznać, że nauczyciele wcale nie każą nam czytać, żeby zrobić uczniom na złość i nas udręczyć. Czytanie książek w sposób naturalny wzbogaca nasze słownictwo, poprawia ortografię oraz pobudza naszą wyobraźnię. Banalne? Ok, weźmy pod lupę filmy nakręcane na podstawie książek. Oczywiście nic do nich nie mam, oglądałam wiele świetnych ekranizacji tego typu. Ale nie oszukujmy się: często scena, która na ekranie trwa minutę, w książce zajmuje 20 stron! O czym to świadczy? Jedynie o tym, że scenarzyści musieli mocno ją skrócić, przez co niejednokrotnie traci ona swój prawdziwy sens i „gubi” przesłanie. Czytając książkę, wyobrażamy sobie wygląd bohaterów, miejsce akcji i zaprezentowane przez pisarza realia.  Film często może nas rozczarować, bo w wyobraźni reżysera niejednokrotnie te same sytuacje wyglądają zupełnie inaczej niż w książce.  Znacie to? Ile razy słyszałam, że ktoś zachwyca się książką tylko na podstawie obejrzanego filmu. Wtedy ogarnia mnie pusty śmiech, bo ja, czytając książkę wiem, że jest ona o wiele lepsza niż film, który został nakręcony na jej podstawie.
                Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy muszą z zapałem i przyjemnością czytać „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza lub „Trylogię” Sienkiewicza. Czytanie lektur szkolnych niewątpliwie nas wzbogaca  i każdy powinien znać treść naszej epopei narodowej,  co wcale nie znaczy, że czytanie tego typu książek jest łatwe i przyjemne. Należy jednak pamiętać, że oprócz obowiązkowych lektur są przecież książki, które można czytać dla relaksu. Wybór jest przeogromny, z dostępem do nich również nie mamy dzisiaj problemu. Nikt nie każe nam od razu wykupić całej księgarni, ale zapisanie się do biblioteki wcale nie jest trudne. Fantastyka, autobiografie, kryminały, przygodowe… Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, zarówno bardziej, jak i mniej ambitnego. Ważne, żeby w ogóle czytać. Ja nie wyobrażam sobie weekendu bez dobrej książki, która pozwolą się zrelaksować i oderwać od rzeczywistości. Zamiast oglądać powtórki seriali lub programy typu „Trudne sprawy” warto sięgnąć po książkę. Na pewno nam to nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie: możemy na tym wiele zyskać!

Paulina Sztejkowska



BUDOWNICTWO, PSYCHOLOGIA CZY MOŻE EKONOMIA CZYLI JAKIE STUDIA WYBRAĆ?



Co roku maturzyści stają przed trudnym dylematem - jakie studia wybrać?  Przyszli studenci mają w czym wybierać, w Polsce mamy ponad 500 uczelni wyższych, publicznych i niepublicznych, mnóstwo kierunków i specjalności. Dokonując wyboru, możemy kierować się prognozami rynku pracy, jednak ciężko studiować kierunek, który nie leży w kręgu naszych zainteresowań, a co gorsza pracować w nielubianym zawodzie. Oczywiście idealnie byłoby robić to, co się lubi i dobrze zarabiać, ale rosnąca rzesza bezrobotnych magistrów raczej nie napawa optymizmem.
W ostatnich latach studia stały się masowe, studiują praktycznie wszyscy, a dzisiejsi studenci to w dużej mierze już nie elita. To w taki razie, jakie studia wybrać? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, łatwiej byłoby wskazać te kierunki studiów, po ukończeniu których absolwenci będą mieli duże trudności ze znalezieniem pracy w zawodzie. Niestety, w takiej sytuacji może znaleźć się większość humanistów, pedagogów, socjologów, psychologów czy politologów. Są to kierunki bardzo popularne, tak samo jak wszelkie studia ekonomiczne i administracyjne, więc co roku kończy je ogromna liczba studentów, a co za tym idzie polska gospodarka nie potrzebuje tylu ludzi wykształconych w bardziej ogólnych kierunkach. Natomiast od kilku lat rośnie zapotrzebowanie na specjalistów z branży technicznej, uczelnie techniczne również zabiegają o studentów, coraz więcej dziewcząt decyduje się na wybór mniej stereotypowego zawodu. W cenie są także informatycy, programiści i graficy. Ze względu na postęp nauki, a także większą dbałość o zdrowie i wygląd fizyczny wzrasta zapotrzebowanie na zawody medyczne (lekarzy, pielęgniarki, fizjoterapeutów) a także na trenerów, dietetyków i kosmetyczki. Polska po wejściu do Unii Europejskiej stanęła przed zadaniem podniesienia standardów ochrony środowiska, stąd rośnie zapotrzebowanie na osoby wykształcone w tym kierunku. Ekologia znajduje swoje miejsce w inżynierii, budownictwie, a przede wszystkim w energetyce. Odnawialne i alternatywne źródła energii to największe wyzwanie, któremu muszą sprostać eksperci ochrony środowiska.
Podczas wyboru studiów musimy pamiętać, że rynek pracy jest elastyczny i zmienny, może więc bardzo szybko nasycić się atrakcyjnymi dziś kierunkami. Jedna tylko rzecz nie powinna ulec zmianie. Umiejętności i kompetencje wciąż będą znaczyć więcej niż dyplom magistra, chyba że będzie to papier z pieczęcią Harvardu czy Oxfordu. W pozostałych przypadkach zdecyduje to, czy czas studiów posłużył do poszerzania horyzontów umysłowych, czy też był to okres przeznaczony jedynie na zaliczenia obligatoryjnych partii materiału przy minimalnym wkładzie wysiłku. Nie możemy jednakże zapominać, że wybór studiów zależy od nas i naszych zainteresowań.
 Życzę tegorocznym absolwentom naszego liceum, aby studia były czasem zarówno zdobywania przydatnej wiedzy, jak i cennych doświadczeń, a praca, którą przyjdzie Wam wykonywać była zgodna z obranym zawodem i stała się źródłem satysfakcji. „A cóż to jest za bajka? Wszystko to być może...” Kolejny wers utworu Ignacego Krasickiego już tu nie pasuje.
 
Katarzyna Tupalska



"NIE O TAKĄ POLSKĘ WALCZYLIŚMY..." - ŚWIĘTO NIEPODLEGŁOŚCI OCZYMA ŻOŁNIERZA



Przed nami kolejne, mianowicie 94 obchody narodowego Święta Niepodległości. Jest to jedno z najważniejszych świąt obchodzonych przez nasz naród na pamiątkę odwagi, siły i potęgi rodaków walczących przez 123 lata za wolność, którą możemy cieszyć. Z tej właśnie okazji udało mi się porozmawiać z żołnierzem Wojska Polskiego - Arturem Milwiczem- prywatnie absolwentem II Liceum w 
Koninie.
 
Małgorzata Janiak: Dla każdego Polaka Święto Niepodległości znaczy coś innego. Czym w takim razie jest dla przedstawiciela polskich służb mundurowych?

Artur Milwicz:
W dzisiejszych czasach każdy Polak kojarzy ten dzień z faktem, iż jest to dzień wolny od pracy. Natomiast dla mnie osobiście jest to ważne święto, gdyż podobnie jak moi koledzy, utożsamiam się w jakiś sposób z wydarzeniami, które miały miejsce w 1918 roku. Jest to dzień zadumy oraz pamięci-pamięci o tych, którzy walczyli o to, by nasz kraj odzyskał niepodległość po 123 latach.
 
MJ: Jak wojsko obchodzi to ważne dla historii naszego kraju święto? Czy jego obchody łączą się z jakimiś tradycjami, czy też utrwalonymi zwyczajami?

AM:
Tego dnia nasze oczy skierowane są na stolicę, gdzie tradycyjnie na Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego, przed Grobem Nieznanego Żołnierza odbywają się główne obchody tego święta. Tradycją jest, że w tej uroczystości bierze udział Prezydent RP wraz z przedstawicielami rządu oraz zaproszonymi gośćmi. Za przygotowanie uroczystości odpowiada Wojsko Polskie, a konkretnie stołeczny garnizon. Jest to jedno z trzech najważniejszych świąt z udziałem Wojska i głowy państwa, szeroko transmitowane przez polską telewizję i radio. Podczas tej uroczystości między innymi odczytywany jest apel poległych, a przed Grobem Nieznanego Żołnierza składane są wieńce. Po oficjalnych obchodach zaproszeni przez Kancelarię Prezydenta RP goście udają się do Pałacu Prezydenckiego, gdzie odbierają medale, nominacje na wyższe stanowisko lub otrzymują inne prestiżowe odznaczenia.
 
MJ: Mundur to marzenie wielu ludzi.  Środowisko wojskowe kojarzy się jednak z grupą z zasady zamkniętą dla przeciętnego człowieka. Jak więc udało się Panu dostać do tego elitarnego grona?

AM:
Z całą pewnością to nie jest tak, że w wojsku mogą służyć przypadkowe osoby. Ale nie jest też tak, jak mówisz, że jest to zamknięta struktura dla przeciętnego człowieka. Żeby służyć ojczyźnie należy spełnić wiele warunków, między innymi kandydat na żołnierza powinien cieszyć się dobrym zdrowiem, być człowiekiem wysportowanym, skłonnym do poświęceń, często kosztem swoich najbliższych.  W moim przypadku było tak: jesienią 2008 roku udałem się do WKU Konin, zgłosiłem chęć zostania żołnierzem i dostałem przydział do Batalionu Reprezentacyjnego w Warszawie, gdzie stawiłem się 4 grudnia 2008 r., by odbywać zasadniczą służbę wojskową, która od 1 stycznia 2010 roku została prawnie zawieszona. Po odbyciu zasadniczej służby, odbywałem nadterminową służbę i z dniem 1 stycznia 2010 roku zostałem zawodowym żołnierzem.
 
MJ: Czym według Pana jest patriotyzm w XXI wieku?

AM:
To jest pytanie na dłuższe rozważania. Przede wszystkim należy na nie spojrzeć przez pryzmat historii. Otóż żyjemy w czasach, w których nie trzeba walczyć z najeźdźcami, co miało miejsce wcześniej. Nasz kraj jest wolny, suwerenny, ale za tę wolność nasi przodkowie płacili życiem, walcząc o to, żebyśmy byli dumnym, wolnym narodem. Niestety, jako naród często o tym zapominamy. W środowisku cywilnym jest to widoczne gołym okiem. Nigdy nie zapomnę rozmowy z jednym z uczestników powstania warszawskiego. Starszy pan, major rezerwy podszedł do mnie i do moich kompanów w trakcie zabezpieczenia Placu Piłsudskiego przed uroczystościami i wypowiedział zdanie warte więcej niż wszystko to, co w tym wywiadzie Ci powiedziałem: „panowie, my nie o taką Polskę walczyliśmy…’’ nic więcej nie chciał nam powiedzieć, ale od tego zdarzenia minęło już kilka lat i muszę przyznać, że żal, który był widoczny w jego oczach do dzisiaj jest w mojej pamięci. W dzisiejszych czasach coraz częściej daje się zauważyć zanik procesu inkulturacji, co jest niezwykle niepokojące… Jawi się tutaj postać młodego człowieka, bohatera internetowego, który staje przed sztandarem, na którym to widnieją trzy najważniejsze hasła: „Bóg, honor, ojczyzna” i komentarz młodego człowieka jest następujący: ,, nie kumam’’. Do tego właśnie nieświadomie dążymy. Powolnie odchodzimy od tych ważnych dla nas wydarzeń, z naszej historii… Reasumując i odpowiadając na Twoje pytanie: Patriotyzm naszych czasów   to przede wszystkim pamięć i szacunek dla osób i wydarzeń z przed lat. To jest dobry wstęp, by w ogóle zacząć myśleć o patriotyzmie, a my, Polacy jesteśmy to winni naszym przodkom. Osąd, jak to wygląda na co dzień i ocenę dzisiejszych obchodów Święta Niepodległości pozostawiam Tobie i czytelnikom.
 
MJ:Czy praca w wojsku była Pana długoletnim marzeniem czy też była to spontanicznie wybrana droga, alternatywny sposób na  dalsze życie?

AM:
Przede wszystkim muszę sprostować…obowiązki, które wykonujemy jako żołnierze nazywamy służbą, nie pracą, pozostałe formacje mundurowe również się tego tyczą. Wracając do Twojego pytania, to w klasie maturalnej, gdzie jak wiadomo każdy młody człowiek musi podejmować ważne decyzje dla swojej przyszłości, pierwszy raz poważnie zacząłem myśleć, że to może być droga którą chcę dążyć. Po maturze zapisałem się na studia, z których jednak szybko zrezygnowałem na rzecz służby wojskowej.
 
MJ: Co najbardziej fascynuje Pana w byciu żołnierzem?

AM:
Ja osobiście podchodzę do swojego zawodu z dystansem, bez zbędnej fascynacji. Służba w Wojsku Polskim daje mi przede wszystkim satysfakcję współpracy w zgranym zespole ludzi, gdzie wszystko jest ustalone i porusza się wokół jasno sprecyzowanych przepisów i zasad.
 
MJ: Jakie specjalne predyspozycje powinien posiadać potencjalny kandydat dla żołnierza?

AM:
Przede wszystkim powinien być zdrowy. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Każdy kandydat na żołnierza musi przejść szereg specjalistycznych badań. Następnie, ważna jest sprawność fizyczna danego kandydata, która również jest poddana odpowiedniemu sprawdzeniu i ocenie. Kandydat na żołnierza nie może być osoba karaną oraz powinien cieszyć się nienaganną opinią społeczną.
 
MJ: Jakich rad udzieliłby Pan młodszym kolegom, marzącym o służbie mundurowej?

AM:
Żeby nigdy nie rezygnowali z marzeń i nie poddawali się zbyt łatwo. Należy być cierpliwym i czekać na swoją szansę.
 
MJ: Pytanie z innej beczki. Czy mógłby Pan zdradzić nam, ile prawdy jest w stwierdzeniu, „za mundurem panny sznurem”?

AM
: Należy wspomnieć i pamiętać o tym, że w mundurze służą również kobiety. Ale wracając do
pytania, posłużę się również znanym stwierdzeniem, iż ,, nie szata- w moim przypadku mundur- zdobi człowieka’’. Uważam, że nie jest ważne, kto gdzie służy, pracuje itd. Ważne jest to, co każdy z nas ma w środku, co sobą reprezentuje, jakie ma w sobie wartości, czym się w życiu kieruje. Kodeks Honorowy Żołnierza Zawodowego mówi wyraźnie: ,, Żołnierz w środowisku społecznym prezentuje najwyższe wartości moralne i obyczajowe. Jest wzorem kultury osobistej i dobrego wychowania’’. Takim właśnie człowiekiem staram się być na co dzień.
 
 
MJ: Tak na zakończenie. Ma Pan za sobą już pewne doświadczenie. Czy wiąże Pan swoją przyszłość z wojskiem? A może chciałby Pan spróbować czegoś nowego?

AM:
Na dzień dzisiejszy obowiązuje mnie kontrakt, który wygasa za dwa lata i na pewno przez ten czas będę żołnierzem, choć nie ukrywam, że chcę służyć dalej w wojsku. Studiuję dodatkowo w Akademii Obrony Narodowej, bardzo prestiżowej uczelni wojskowej, więc robię wiele, żeby być żołnierzem i służyć ojczyźnie tak długo, jak zdrowie mi na to pozwoli.
 
MJ: Zatem, właśnie tego Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Janiak



KONCERT JULII MARCELL W KONINIE

26 października, kawiarnia Górniczego Domu Kultury OSKARD, miejsca zajęte co do ostatniego. Wydawać by się mogło, że mieszkańcy Konina szykują się na oszałamiający występ gwiazdy z pierwszych stron gazet. Chociaż Julii Marcell próżno szukać na łamach kolorowej prasy, to koncert w KDK Oskard był naprawdę wybitny. Sama artystka jest osobą bardzo cenioną w środowisku muzycznym (laureatka Fryderyka za album roku i Paszportu Polityki w kategorii muzyka popularna), a jej twórczość po prostu hipnotyzuje. Olsztynianka swoimi piosenkami podbiła już serca słuchaczy na całym świecie. Jej trasa koncertowa z najnowszą płytą June obejmuje wiele polskich miast, m.in. Konin. Podczas jej pobytu w naszym mieście udało mi się zadać jej parę pytań.
 
Koło medioznawcze: Serdecznie gratuluję udanego koncertu. Szczerze mówiąc byłam zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że oprócz takich miast jak Warszawa i Wrocław Twoja trasa koncertowa obejmuje też Konin. Wybrałaś nasze miasto z jakichś specjalnych względów?
 
Julia Marcell: Mamy taką zasadę, że chcemy grać koncerty wszędzie tam, gdzie się da, najlepiej w miejscach, gdzie jeszcze nie udało się nam być. Bardzo cieszy mnie to, że otrzymujemy propozycje od klubów z najróżniejszych miejscowości – i większych i mniejszych. To, że możemy wystąpić w każdym zakątku Polski jest naprawdę bardzo ekscytujące.
 
K.M.: Należy w tym miejscu zaznaczyć, że nawet granice kraju Cię nie ograniczają, bo grałaś też w Niemczech, czy w Japonii. Co różni organizację koncertów i samą publiczność zgromadzoną na nich w Polsce i za granicą?
 
J.M.: Ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie, bo żaden koncert nie jest taki sam. Organizacja w każdym kraju się różni, są inne rozwiązania. Ale w trasie koncertowej codziennie gramy gdzieś indziej. Jednego dnia jesteśmy np. w warszawskiej Stodole, a następnego dnia występujemy dla zupełnie małej publiczności, czasem dajemy też koncerty w teatrach czy na wolnym powietrzu, więc w pewnym sensie ta różnorodność daje nam poczucie, że mimo tego samego repertuaru za każdym razem gramy coś innego. Każde miejsce decyduje o charakterze danego występu, a i publiczność jest jego ogromnym składnikiem.
 
K.M.: Publiczność i słuchacze towarzyszą Ci nie tylko na koncertach, bo trzeba wspomnieć, że Twoja pierwsza płyta „It might like you” została w pełni sfinansowana przez nich. Spodziewałaś się takiego poparcia?

J.M.:
Nie, absolutnie nie. Po tym jak wrzuciłam piosenki do Internetu i założyłam sobie konto na Sellabandzie miałam nadzieję, że może kiedyś uda mi się to osiągnąć. Ku mojemu zaskoczeniu stało się to bardzo szybko.
 
K.M.: Trafiasz do dużego grona odbiorców, a jednocześnie trzeba przyznać, że nie ma konkretnej kategorii, do której można by zaliczyć Twoją muzykę.
 
J.M.: Ja się bardzo cieszę z tego powodu, choć czasem przysparza to trochę problemów, gdy trzeba się gdzieś zdeklarować i przed występami podać nazwę gatunku muzyki, który wykonujemy. Zawsze mówię, że gramy pop, bo jest to muzyka otwarta, w miarę prosta, przekazująca emocje, nie oparta na przesadnej wirtuozerii, czy zasadach. Poza tym pop jest dość pojemną kategorią i artyści tacy jak Annie Lennox czy David Bowie, czyli osoby, którymi się inspiruję, też grali i dalej grają pop. Nie jest to jednak pop, który obecnie najbardziej kojarzy nam się z prostacką muzyką, bo jest to muzyka prosta, ale na pewno nie prostacka.
 
K.M.: Masz duże rzesze fanów, ale ciężko jest znaleźć Twoje kawałki w komercyjnych rozgłośniach radiowych. Jest to zamierzony efekt?
 
J.M.: Nie, ja sądzę tylko, że jeżeli ktoś chce nas słuchać, czy gdziekolwiek zapraszać, to jest to naprawdę fantastyczne. To, że ciężko nas tam znaleźć zależy tylko od tych radiostacji, w których ramy się najwidoczniej nie wpisujemy.
 
K.M.: Wróćmy jeszcze do Twojej najnowszej płyty. Trzeba przyznać, że zupełnie różni się ona od poprzedniej. Coś konkretnego na to wpłynęło, że grasz tym razem już w inny sposób?
 
J.M.: Przede wszystkim moje życie. Zmienił się mój styl pisania, zapragnęłam również spróbować czegoś nieco innego. Współpraca z doświadczonymi muzykami też w pewnym sensie otworzyła mnie na nowe dźwięki. Nawet moja przeprowadzka do Berlina popchnęła mnie do tego, aby tym razem zagrać właśnie tak.
 
K.M.: Tak jak powiedziałaś, obecnie mieszkasz w Niemczech. Przeprowadziłaś się ze względu na tamtejszy rynek muzyczny, czy raczej miało to inne przyczyny?
 
J.M.: Przyczyna była bardzo prosta. W Olsztynie mieszkałam wcześniej przez wiele lat i po prostu poczułam potrzebę zmian. poznania nowych ludzi, zobaczenia nowych kątów. Berlin akurat wybrałam ze względu na producenta muzycznego, który tam mieszkał. Mimo, że jadąc tam nie wiedziałam o tym mieście zupełnie nic, to od razu mi się tam spodobało. Nawiązałam nowe kontakty, pojawiły się nowe możliwości, wszystko potoczyło się zupełnie naturalnie.
 
K.M.: Jesteś Polką, mieszkasz w Berlinie, a śpiewasz po angielsku. Jednak w niektórych piosenkach słychać fragmenty polskich tekstów. Nie zastanawiałaś się nad nagraniem czegoś w ojczystym języku?
 
J.M.:W momencie tworzenia niczego nie planuję. Jedyne, co można zaplanować, to klimat całej płyty, ale piosenki tak naprawdę powstają bez jakichś reguł, po prostu „się zdarzają”. Język angielski był dla mnie od zawsze związany z muzyką, od wczesnej młodości słuchałam prawie wyłącznie piosenek w tym języku. Dlatego każda wyśpiewana przeze mnie fraza automatycznie łączy się z językiem angielskim. Piosenki po polsku brzmią zupełnie inaczej, a wszystkie pomysły, które mam są pomysłami po angielsku.
 
K.M.: Na koniec chciałam jeszcze zapytać o Twoje plany. Czy sukces June jest dla Ciebie impulsem do dalszego tworzenia, czy wręcz przeciwnie sygnałem, że czas trochę odpocząć?
 
J.M.: Cieszę się, że moja płyta została tak miło odebrana i postanowiono ją nagrodzić, ale pisanie jest dla mnie czymś niezależnym od takich sytuacji. Robię to kiedy naprawdę mam coś do powiedzenia, kiedy dopada mnie potrzeba, aby coś z siebie wyrzucić. A potem, już z perspektywy planów wytwórni różnie się to dzieje. Proces nagrania i wydania płyty potrafi być niesamowicie długotrwały ze względu na plany marketingowe, terminarze wszystkich zainteresowanych, itd. Myślę, że kolejna płyta prędzej czy później powstanie, już powstaje, już się rysują jakieś kształty i powstają piosenki. W pierwszej połowie roku biorę wolne od koncertów, żeby i odpocząć i popracować, ale kiedy nowe rzeczy ujrzą światło dzienne w formie płyty na półkach, to mi na dziś dzień ciężko przewidzieć.
 
K.M.: Mamy nadzieję, że z nowym materiałem znów zawitasz do Konina. Tymczasem bardzo dziękuję za wywiad i z niecierpliwością czekam na nową płytę.
 
J.M.: Z wielką przyjemnością znów się tutaj zjawię. Również serdecznie dziękuję.

Dominika Majewska
JM

PIĄTA CZĘŚĆ TRYLOGII

31.10.2012 r. miała miejsce polska premiera gry Assassin’s Creed III na Xboxa 360 oraz PlayStation 3.
Po raz piąty możemy wcielić się w Desmonda Milesa, jednakże uczestniczymy we wspomnieniach nowego przodka. Jest nim Conor Kenway, półindianin, który postanawia wspomóc Georga
Washingtona w walce o niepodległość Stanów Zjednoczonych.   
Gra posiada otwarty świat, a dzięki zdolnościom protagonisty można wspinać się na budynki lub drzewa, skakać po dachach oraz wykonywać spektakularne zabójstwa.  Bohater spotyka prawdziwe postacie historyczne i bierze udział w prawdziwych wydarzeniach. Conor zwiedza XVIII Nowy Jork oraz Boston i tereny położone pomiędzy tymi miastami.
Silnik graficzny jest dużo lepszy niż w poprzednich częściach, dzięki czemu grafika jest ładniejsza i występuje zmiana pór roku. Ulepszony silnik umożliwia wyświetlanie 1000 postaci jednocześnie, co daje pole do przedstawiania wielu bitew z tego okresu.
Gra jest dostępna na razie tylko na Xboxa 360 i PlayStation 3. Gracze pecetowi muszą poczekać do 23 listopada, ponieważ dopiero wtedy odbędzie się premiera na komputery osobiste. Assassin’s Creed jest świetną serią, dlatego polecam trzecią część wszystkim, a szczególnie pasjonatom historycznej walki Stanów Zjednoczonych o niepodległość.

Kamil Szczepanowski





PO CO NAM NAUKA?


Nie tylko nasze pokolenie boryka się z problemem przyswajania wiedzy. Od wieków uczniowie zadają sobie pytania: Kto stworzył szkołę? Po co nam nauka? Dlaczego marnuje dla niej czas?
Czy aby na pewno czas poświęcony szkole to czas zmarnowany? Otóż, okazuje się, że nie!
            Osoby, które zakończyły już swoją edukację, często mówią, że szkolne lata to najlepszy okres w ich życiu. Czas pierwszych miłości, porażek oraz oczekiwania na wytęsknione wakacje. Ze szczerym uśmiechem na twarzy, a czasem również z zadumą wspominają lata pełne swobody, kiedy nie musieli liczyć czasu, martwić się o jutro, byli po prostu wolni. Całą swoją młodzieńczością demonstrowali epikurejskie hasło: „Carpe diem!”
            Obecnie oświata jest na bardzo wysokim poziomie, już od najmłodszych lat dzieci uczone są czytania, pisania, języków obcych oraz nauki o środowisku. Istnieje przekonanie, że w przyszłości bez dobrego wykształcenia nie osiągniemy żadnego sukcesu, nie znajdziemy satysfakcjonującej pracy oraz nie zdołamy utrzymać rodziny. Zdarza się również tak, że często po uzyskaniu odpowiedniego wykształcenia, trudno jest zdobyć pracę w swoim zawodzie, ale nie należy się tym przejmować
i skreślać już na początku swych szans. Bo jak to kiedyś ktoś mądry powiedział: „Kto szuka, ten zawsze znajduje”.
            Może warto jednak poświęcić swój czas nauce, by później, gdy zostaniemy już siedemdziesięcioletnimi emerytami, ze słoną łezką w oku móc powiedzieć: „warto było! ”
             Tymczasem, wracam do nauki o reakcjach zobojętniania, stopniach dysocjacji,
bo choć być może to mi się do niczego nie przyda, to, gdy dostanę bardzo dobrą ocenę będę miał ogromną satysfakcję!

Dawid Rolnik



WYBIERAM KONIN!

           Obserwuję ostatnio dość niepokojące zjawisko, obok którego naprawdę trudno jest mi przejść obojętnie. Powszechna bowiem staje się niechęć do naszego rodzinnego miasta-Konina. Na ulicach coraz częściej słychać nieprzychylne głosy z ust ludzi, którzy, jak można przypuszczać, krytykę obrali jako główny cel życiowy. Naturalnie, mogę zgodzić się z tym, że patriotyzm lokalny jest już trochę przestarzały. Spójrzmy prawdzie w oczy, w tych dwóch słowach ukryty jest pewien patos, a jak wiadomo, ludzie młodzi przed patosem bronią się jak mogą. Ale nie należy przecież popadać w skrajności! Poważna krytyka dotycząca wszystkich aspektów nie jest również najlepszym rozwiązaniem. Nie prowadzi do żadnych zmian, a skutkować może jedynie nerwicą natręctw. Nie sądzę jednak, że życie na wzór znanego wszystkim Adasia Miauczyńskiego jest tym, czego każdy z nas oczekuje. Cóż więc począć? Jest na to jeden sposób. Ciężki, mozolny i wymagający, ale co najważniejsze skuteczny. Należy po prostu z miastem na nowo się poznać i zaprzyjaźnić. Pomyślmy, gdzie indziej, różne, może i nie najpiękniejsze miejsca, przywołują tak cudowne wspomnienia? Miasto wcale nie musi mieć bogatej oferty spędzania wolnego czasu, aby było naprawdę wartościowe. Zależy to przede wszystkim od sposobu myślenia mieszkańców.
   Wielu nazwać mnie może teraz hipokrytką, bo doskonale wiem, że gdyby dziś zwoływano ludzi nieprzepadających za własnym miastem, to ustawiłabym się w pierwszym rzędzie. Ale z drugiej strony jestem przekonana, że gdy stąd wyjadę niejeden raz na samo wspomnienie Konina łezka mi się w oku zakręci.
   Mentalność ludzka jest jednak dość specyficzna, nie sądzę więc, że Konin nagle na tle innych miast stanie się miejscem zadowolonych z życia ludzi. Nawet, jeżeli coś u nas jest dobre, to wiadomo, że u innych jest lepsze. „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” jak mawia staropolskie przysłowie, czego więc  oczekiwać? Myślę, że metodą małych kroków powinniśmy zacząć od tego, aby nie wstydzić się swojego pochodzenia może nie z najpiękniejszego, największego i najbardziej znanego, ale co najważniejsze NASZEGO miasta.
 
Dominika Majewska



”ODDAJ FARTUCHA!” – CZYLI JAK SZYBKO STAĆ SIĘ GWIAZDĄ INTERNETU

 
Wieczór to pora, kiedy po dniu pełnym pracy i nauki pragniemy oddać się relaksowi- odpocząć, nabrać sił na kolejny dzień pełen wrażeń. Najlepszym rozwiązaniem jest kąpiel w wodach termalnych, masaż olejkami eterycznymi w towarzystwie nastrojowej muzyki w ciszy i spokoju… ehhh… piękna wizja… Niestety rzeczywistość sprowadza nas na ziemię, przez co zazwyczaj siadamy przed telewizorem i przyswajamy świeżutką porcję seriali, telenowel i programów rozrywkowych. Producenci dbają o to, żeby jak najefektywniej zająć nam czas wolny, więc do wyboru mamy jednocześnie 7 seriali i 5 programów pokroju „Must be the music”. Kiedy po rodzinnej kłótni o to, jaki program wybrać dojdziemy do konsensusu i zasiądziemy przed ekranem, wreszcie możemy napawać się widokiem licznych celebrytów, którzy swoją osobą z całych sił starają się zaprezentować niewątpliwe poczucie humoru.
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, na jakiej podstawie wybierane są  gwiazdy poszczególnych programów? Otóż głównym kryterium jest charyzma i kontrowersja. Producenci doskonale zdają sobie sprawę, że im bardziej kontrowersyjny jest uczestnik programu, tym większą rzeszę widzów przyciągnie przed ekran - a przecież to właśnie o to chodzi.  Polacy to jednak specyficzny naród. Wyśmiewamy programy tegoż pokroju, krytykujemy i czekamy na pierwsze lepsze potknięcie. I tu właśnie dochodzimy do sedna. Doskonałym przykładem jest popularny program „X- factor”. Jego fundamentem jest „podobno” doskonale dobrane jury, którego gwiazdą miał być Kuba Wojewódzki- mistrz perfekcyjnej ironii, jedna z bardziej kontrowersyjnych postaci show-biznesu. Okazało się jednak, że ciekawszą propozycją dla widza okazał się Czesław Mozil-  Duńczyk z osobliwą dykcją, która uczyniła z niego niewątpliwą gwiazdę Internetu. Jego „wiśniówka na torcie” stała się inspiracją dla twórców różnorakich gadżetów, a on sam kolejnym komercyjnym produktem na którym zbija się niebagatelne pieniądze. Nie sposób nie wspomnieć o „Dżoannie” Krupie, dzięki której kobiety, które „Wanna be top model” stały się „hipnotajzing”. Nowym telewizyjnym odkryciem stał się całkiem niedawno niejaki Michel Moran. Chwali uczestników swoim „dobry dań”, lecz surowo karze tych, którym się nie powiodło i muszą „oddać fartucha”.
Kluczowym źródłem przepływu informacji jest Internet, a w szczególności Facebook. Jesteśmy na takim etapie, kiedy każda osobliwa wpadka staje się hitem Internetu i opatrzona jest „fanpejdżem”, a porządny obywatel zobowiązany jest do polubienia strony i przyłączenia się do zbiorowej krytyki. To, o czym przed chwilą wspomniałam dotyczy nie tylko sławnych ludzi, ale także tych, którzy poprzez popularne programy dopiero zaczynają swoją medialna karierę. Jak powszechnie wiadomo ludzi zdolnych narodziło się w ostatnim czasie niezmiernie dużo.
Programów jest wiele, więc żeby wybić się ponad przeciętność należy posunąć się często do dramatycznych kroków i poszukać takich tematów, które przyciągną przed telewizory rzesze widzów. Tutaj najczęściej sprawdzają się wyciskacze łez, czyli: niezamożni rodzice, pochodzenie z małych wiosek, choroby, czy też jakiekolwiek inne dramatyczne historie potwierdzone słonymi łzami i wywołujące litość u odbiorcy. Takie sytuacje u części społeczeństwa wywołają zamierzony efekt w postaci sms-ów, w pozostałych pozostawią niesmak i kolejny pretekst do zbiorowych, internetowych batów.
         Cóż… sława to rzecz ulotna, nie dla każdego dostępna i nie przez każdego w pełni akceptowana. W dzisiejszych czasach nie wystarczy mieć talent. Dodatkowo trzeba umieć go sprzedać. Można być oryginalnym na różne sposoby. Należy pamiętać jednak o tym, że to my jesteśmy widzami i gdyby tego typu programy nie miały odbiorcy po prostu nie byłyby produkowane.

Małgorzata Janiak




ZMIANY W SAMORZĄDZIE UCZNIOWSKIM



Nowy rok szkolny to czas zmian, nowych zasad i nowych wyzwań, to także zmiany w Samorządzie Uczniowskim i wybór nowego przewodniczącego. W naszej szkole wybory odbyły się 25 września. Wzięło w nich udział 718 uczniów. Do rywalizacji o miano nowego przewodniczącego stanęło czterech kandydatów z drugich klas: Adrianna Buciak, Martyna Marcinkowska, Ewa Sośnicka i Anna Matlewska. Nową przewodniczącą Samorządu Uczniowskiego została Adrianna Buciak, uczennica klasy II f, która uzyskała aż 380 głosów.
Zapytaliśmy dziewczyny o wrażenia wrażeń, jakie towarzyszyły im tuż po ogłoszeniu wyników.

Koło Medioznawców: Właśnie zostałaś przewodniczącą, czy spodziewałaś się takiego poparcia?


Adrianna Buciak: Na pewno skala wsparcia, jakiego mi udzielono, znacznie przekroczyła moje oczekiwania i stała się dla mnie motorem napędowym do działania. Sam fakt, że prawie połowa uczniów uprawnionych do głosowania oddała na mnie swój głos, jest wielkim wyróżnieniem oraz mobilizacją do tego, aby sprawować swoją funkcję jak najlepiej. Również sposób, w jaki popierali mnie moi przyjaciele, jest godny naprawdę największych podziękowań, ponieważ w dużym stopniu pomogli mi sprawić, aby kampania przygotowana przez jedno popołudnie była treściwa i efektywna.

Co chciałabyś zmienić?


Drugie Liceum, jako jedna ze starszych szkół w Koninie, jest już w pełni ukształtowane, posiada swoje tradycje i zwyczaje, których zmiana byłaby nonsensem. Dlatego też, nie planuję żadnych rewolucji, a jedynie ulepszanie tych rzeczy, które już istnieją. Te zmiany, w miarę możliwości, dotyczyć będą zarówno nieścisłości w statucie, jak i wyglądu forum naszej szkoły...  Nie oznacza to jednak, że w tym roku szkolnym zabraknie nowości i rozrywki. Plan pracy SU aż roi się od pomysłów, więc pozostało tylko stopniowo wprowadzać je w życie. Z aktualnościami w pracy Samorządu, już niedługo będziemy mogli się zapoznać również przez Facebook’a.
 
Czego możemy spodziewać w najbliższym czasie?

Październik jest miesiącem dobroci dla zwierząt, więc już niedługo czeka nas zbiórka karmy dla schroniska w Koninie. Mam nadzieję, że podobnie jak w latach ubiegłych, klasa, która wykaże się najhojniejszym sercem, będzie mogła liczyć na dzień bez pytania. W nieco późniejszym terminie poznamy dalsze plany SU dotyczące działania na terenie szkoły i poza nią. Decyzja, co do tego nie jest jeszcze podjęta, wszystko wyjaśni się w najbliższych dniach.
 
Osoby Cię nieznające są ciekawe Twojej osobowości, powiesz nam coś o sobie?

Strasznie ciężko jest mówić o sobie! Sądzę, że to jaka jestem mogą najlepiej ocenić osoby, które już mnie znają. Nic nie stoi również na przeszkodzie, aby osoby ciekawe, same wyrobiły sobie opinię na mój temat. Jestem otwarta na wszelkie propozycje i uwagi dotyczące mojej pracy. Każdy, jeżeli tylko zechce, może zadać mi pytanie osobiście lub poprzez różne strony internetowe, a zapewniam, że na wszystkie odpowiem. Nie taka Ada straszna, jak ją malują.


Co poradziłabyś uczniom klas pierwszych jako doświadczona już uczennica II Liceum?


Z pewnością kluczem do tego, by z czystym sercem pojawiać się codziennie w szkole jest systematyczna nauka. Wiele osób ma z nią ogromny problem (do tej grupy zaliczam się również ja), ale jeżeli znajdziemy w sobie odrobinę samozaparcia, żaden przedmiot nie będzie dla nas straszny. Poza tym nie warto przejmować się jednorazowymi trudnościami, zawsze mamy okazję do złapania kilku pozaprogramowych ocen. Ostatecznie 3 punkty potrzebne do otrzymania oceny dopuszczającej na półrocze to nie aż tak dużo...

Pamiętaliśmy także o kandydatach, którym nie udało się zdobyć wystarczającej ilości głosów, by zostać nowym przewodniczącym SU.

Na pierwszy ogień poszła Martyna Marcinkowska.

Co skłoniło Cię do kandydowania?



Skłoniła mnie namowa mojej klasy na lekcji historii, w chwili gdy pan Podemski zdziwił się brakiem kandydatów. Poza tym zawsze lubiłam robić coś takiego.

 Co było najbardziej stresujące? 


Najbardziej stresujący był fakt, że nie wiedziałam czego spodziewać się po kontrkandydatach.

Kto zajął się Twoją kampanią wyborczą i skąd pomysły na postulaty i hasła wyborcze? 


Moją kampanią wyborczą zajęłam się w głównej mierze sama, jednak było parę osób, które mi pomogły. Np. przy zrobieniu plakatów, wymyślaniu haseł wyborczych . Muszę zauważyć  jednak, że zaangażowanie tych ludzi nie było tak wielkie jak w przypadku klasy 2f.

 Jakie cechy powinien mieć dobry przewodniczący i które z nich Ty posiadasz?


Dobry przewodniczący na pewno powinien być kreatywny i mieć dużo pomysłów ( wydaję mi się, że akurat tę cechę posiadam), powinien umieć walczyć o swoje i mimo wszystko zawsze dążyć do celu.
Ewa Sośnickakandydatka z klasy IIC
 
Co skłoniło Cię do kandydowania?

To była spontaniczna decyzja.

Co było najbardziej stresujące?

Nie odczuwałam stresu, podeszłam do tej sprawy z dystansem, traktowałam to raczej jako dobrą
zabawę.

Jakie były powody braku kampanii wyborczej?

Chciałam pokazać, że bez kampanii także można uzyskać poparcie!

Jakie cechy powinien mieć dobry przewodniczący i które z nich Ty posiadasz?


Przewodniczący powinien być optymistycznie nastawiony do zadań, które sobie wyznacza, być pomysłowy, powinien posiadać umiejętności organizatorskie, musi być także kontaktowy i w działaniu wykazywać się siłą perswazji. Wydaję mi się, że posiadam większość tych cech.

Te same pytania zadaliśmy Annie Matlewskiej:


Co skłoniło Cię do kandydowania? 


Do kandydowania skłoniła mnie chęć zmiany, chęć stworzenia czegoś nowego, współpracy z gronem pedagogicznym i młodzieżą II Liceum w Koninie. Jestem osobą, która nie potrafi usiedzieć w miejscu przez dłuższy czas. Wciąż muszę coś robić, dla siebie, dla innych, muszę tworzyć coś ciekawego, intrygującego. Uwielbiam dzielić się z ludźmi swoją pozytywną energią i uwielbią ją czerpać od tych, którzy są tak zaangażowani we wszystko jak ja. 

Co było najbardziej stresujące? 

Najbardziej stresujące było ogłoszenie wyników wyborów. Bałam się, bo czułam, że społeczność uczniowska nie potraktowała tych wyborów poważnie. Nie wystartowałam w nich, żeby komuś coś udowodnić, ani żeby komuś zrobić antyreklamę. To zupełnie nie w moim stylu. Naprawdę czułam, że sprawdzę się w tej roli, tym bardziej, że mam możliwości do organizowania różnego rodzaju imprez, znam wielu ludzi, nie mam problemów z załatwianiem takich rzeczy, a myślę, że kilka zmian w kategorii kultura, sztuka, rozrywka można by w tej szkole wprowadzić. Jeszcze wracając do kontaktów, po programie ( You can dance, TVN) mam ich dużo więcej, naprawdę mogłoby się w tej szkole wiele wydarzyć. Stało się jak się stało- przegrałam.

Kto zajął się Twoją kampanią wyborczą i skąd pomysły na postulaty i hasła wyborcze?


Jeśli chodzi o kampanię wyborczą to przede wszystkim osoby z mojej klasy - II d, którym bardzo serdecznie dziękuję za pomoc. To oni pomogli mi z rozwieszaniem plakatów, rozdawaniem ulotek. Hasła wymyśliłam sama. Wiedziałam, czego chcę, więc nie było to trudne. Kampanię tak naprawdę tworzyło kilka osób: Michał Zaborowski, Katarzyna Nawrotek
i Justyna Fabiszak. To ludzie, którym jestem bardzo wdzięczna za okazaną pomoc i wsparcie, które też było istotne.

Jakie cechy powinien mieć doby przewodniczący i które z nich Ty posiadasz?


Cechy dobrego przewodniczącego ? Myślę, że po pierwsze i przede wszystkim dobra organizacja, umiejętność współpracy, umiejętność słuchania innych, rozdzielania zadań w grupie,  naturalna umiejętność dowodzenia. Dobry przewodniczący musi dawać przykład innym jak pracować, jak działać nie tylko na terenie szkoły, ale także poza nią. Determinacja, pozytywna energia, wytrwałość w realizacji celów, ambicje, pokora, pomysłowość, otwartość. Przewodniczący, to ktoś, kto jest w pewien sposób wzorem dla innych, dla rówieśników, musi radzić sobie w trudnych sytuacjach, umieć zachować się podczas nich w sposób prawidłowy. Ponadto odpowiedzialność i chyba co najważniejsze, chęci, serce do tego co się robi, zaangażowanie i umiejętność zarażania ludzi swoją pozytywną energią. Moim skromnym zdaniem posiadam większość tych cech i na pewno sprawdziłabym się na stanowisku przewodniczącej. Nie chodzi tu o poczucie wyższości, czy chęci dominacji nad innymi. W moim przypadku jest to dobrowolna chęć realizacji nowoczesnych projektów, czegoś, co nadałoby naszej szkole charakteru i pokazało jak wielu utalentowanych, zdolnych, młodych ludzi mamy w szeregach naszego liceum. Moim celem było również zlikwidowanie tej bariery, która istnieje u młodych ludzi. Boją się reakcji rówieśników, boją się zrobić kilka kroków przed innymi, pokazać się światu, pokazać siebie, nie bać się mówić o swojej pasji, talencie o tym, co sprawia tyle radości. A czego się boją? Reakcji rówieśników, która czasem zaskakuje mnie samą. Zazdrość, odrzucenie, wyśmiewanie... Czas to zmienić! Niestety ja w tym roku nie dostałam takiej szansy od uczniów II Liceum, więc jestem zmuszona ten temat odłożyć na "na półkę".
 
Olga Hajdrych, Dawid Rolnik, Katarzyna Umerle




KRÓTKA RECENZJA NIEPRZECIĘTNEJ GRY

PO SEANSIE "JESTEŚ BOGIEM"

 W końcówce września swoją głośną premierę miał film pt. ‘’ Jesteś Bogiem’’ w reżyserii Leszka Dawida. Nasze koło medialne również postanowiło wybrać się na seans.
Produkcja poświęcona jest sławnej grupie rapowej ‘’Paktofonika’’. Jest to historia trzech przyjaciół: Magika ( Piotr Łuszcz), Fokusa (Wojciech Alszer ) i Rahima (Sebastian Salbert), których łączy wspólna miłość do muzyki. Zespół powstał 1998 roku z inicjatywy Fokusa. Nazwę wymyślili Magik i Rahim, która oznacza ‘’pakt zawiązany przy brzmieniu głośnika". Pomimo krótkiej działalności mają na swoim koncie wiele utworów, które trwale zapisały się w historii polskiego hip- hopu i w pamięci fanów.
Fabuła filmu jest lekko podkoloryzowana i niezgodna z faktami. Akcja została umieszczona w polskich realiach. Zycie na katowickich blokowiskach świetnie obrazują kolory szare i ponure. Na ścieżkę dźwiękową składają się bity i fragmenty kompozycji legendarnej grupy.
Film opowiada nam o życiu młodych ludzi, którzy borykają się z problemami, które niesie codzienność. Twórcy filmu głównie skupili się na osobie Magika, który bardzo szybko musiał dojrzeć do roli męża i ojca. Konsekwencje złych wyborów i sława były powodem choroby psychicznej Piotra. Schizofrenia i problemy osobiste doprowadziły do samobójczej śmierci bohatera.
Po wyjściu z seansu, pytaliśmy widzów o wrażenia. Po burzliwej reklamie mediów spodziewaliśmy się filmowego objawienia, jednakże większość wychodziła z kina lekko rozczarowana. Co prawda film wywołuje silne emocje i kreacje aktorów są znakomite ale jednak każdy spodziewał się czegoś więcej. Historia jest wciągająca i pozwala na nowo przypomnieć sobie okres świetności Paktofoniki. Jest to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów rapu. Zachęcamy do obejrzenia filmu i podzielenia się z nami wrażeniami z seansu.


Marta Wojciechowska

PATRZYŁ NA MNIE CAŁY KONIN

 Dnia 22 września 2012 roku w Hali Rondo w Koninie miało miejsce finałowe rozstrzygnięcie wyników plebiscytu Miss Konina. Osiem uczestniczek z całego powiatu konińskiego zaprezentowało się w trzech różnych kreacjach. Przed końcem rywalizacji, dziewczyny zmagały się w cotygodniowej prezentacji. Przez 8 tygodni chętni głosowali poprzez sms-y i tym samym wybierali kandydatki do tytułu Miss Konina. Imprezę tę organizowało Radio Konin. Z racji urodzin radia, mogliśmy uczestniczyć w koncercie gwiazdy polskiej muzyki rozrywkowej - De Mono oraz mieliśmy okazję posłuchać grupy konińskich muzyków Black Sun. Ostatecznie, po pokazie wszystkich dziewczyn w kreacjach, takich jak stroje kąpielowe, suknie ślubne czy też wieczorowe, największą ilością głosów zwyciężyła Marcela Margerita Leszczak z Konina, drugą Miss Konina została Magdalena Kubacka, mieszkanka Kleczewa, natomiast trzecią dziewczyną na podium była Daria Piwnicka, pochodząca z Kazimierza Biskupiego.
Żeby dowiedzieć się więcej o konkursie postanowiliśmy porozmawiać z jedną z uczestniczek, siedemnastoletnią Magdaleną Kubacką.


Koło Medioznawcze: Dzień dobry, dziękuję, że poświęcisz nam chwilę czasu i odpowiesz na parę pytań.

Magdalena Kubacka:
Nie ma sprawy, to dla mnie przyjemność.

K.M: Pierwsze i podstawowe pytanie, jakie chcielibyśmy Ci zadać brzmi: Na czym tak naprawdę polegało głosowanie?”

M.K: Wiesz, ciężko mi dokładnie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie zagłębiałam się w to zbytnio. Jednak, polegało to na wysyłaniu wiadomości sms na daną kandydatkę. Każda z nas miała przydzielony numer. Uczestniczka, która otrzymała największą ilość głosów, wygrywała. Nie było ograniczenia co do ilości wysłanych sms-ów. Jeżeli ktoś miał ochotę oddać kilkanaście głosów na swoją faworytkę, bez problemu mógł to uczynić.

K.M: Rozumiem, ale na pewno już wstępne głosowanie przysporzyło dużo stresu każdej z was?

M.K: Dostanie się do finałowej ósemki, kosztowało trochę stresu, jednak jak się później okazało, stres na finale był nieco większy. Nerwy moje, ale nie tylko, także moich znajomych i rodziny były nie do opisania, jednak szczęście chciało, że akurat ja wygrałam i dostałam się do dalszej rywalizacji, co było dla mnie dość dużym zaskoczeniem.

K.M: To nie było jednak byle jakie wydarzenie, skąd się o tym dowiedziałaś o konkursie i co Cię zmotywowało do wzięcia w nim udziału?

M.K: O całym plebiscycie, dowiedziałam się z radia. Wtedy pomyślałam, dlaczego by nie? Nie ukrywam, że duży wpływ na podjęcie tej decyzji miało moje najbliższe środowisko, czyli przyjaciółki, rodzina. To było dla mnie ważne, żeby czuć ich wsparcie w tym wyjątkowym momencie. Mimo to, wahałam się. W pewnym okresie, mogłam stać się osobą jakby publiczną, była to nowa sytuacja dla mnie i mogła okazać się całkiem ciężką próbą.

K.M: Na szczęście te próbę przeszłaś bez problemu. Niektóre dziewczyny zawsze mówią po takim doświadczeniu, że dało im to sławę, mniejszą lub większą. Co Tobie dało zaangażowanie się w to wydarzenie?

M.K: Co dało? Na pewno bardzo wiele wartościowych rzeczy, takich jak pewność siebie, zwiększenie poczucia własnej kobiecości. Ogólnie rzecz biorąc takie doświadczenia, nas, jako kobiety, dowartościowuje. Nauka chodzenia była bardzo cenną lekcją. Nauczyła nas jak akcentować nasze unikalne walory. Zapewne to zaowocuje w dalszej perspektywie czasowej. Myślę, ze odkrywa to przede mną nowe ścieżki, którymi mogę dalej podążać, pokazuje nowe horyzonty, uwidacznia to, co gdzieś tam daleko było skryte.

K.M: Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci z okresu przygotowawczego do finału oraz samego punktu kulminacyjnego plebiscytu?

M.K: Możesz nie uwierzyć, ale wyjście na scenę w sukni ślubnej. To uczucie było fantastyczne. Czułam się jak w filmie romantycznym, który kończy się happy endem i na końcu ukazany jest ślub dwojga zakochanych osób, wtedy masz wrażenie, że cały świat patrzy tylko na Ciebie, na mnie wtedy patrzył, prawie cały Konin, uczucie totalnie nie z tej ziemi.

K.M: Jeśli dziś miałabyś możliwość ponownego udziału w plebiscycie, to czy skorzystałabyś z tej okazji? Czy nie byłabyś przerażona samą rywalizacją między uczestniczkami konkursu?

M.K: Oczywiście, że wzięłabym udział ponownie, atmosfera tam panująca była wspaniała. Tak na dobrą sprawę, to nie dało się odczuć jakiejś rywalizacji pomiędzy nami, dziewczynami, wręcz całkiem odwrotnie. Wszystkie byłyśmy do siebie nastawione przyjacielsko. Próby przed pokazem były dość ciężkie i wyczerpujące, często miałyśmy chwile zwątpienia, czy na pewno tego chcemy, czy może byłoby lepiej się wycofać? Takie dylematy w jakimś sensie nas łączyły i zbliżały. Jednak po wymianie myśli i wsparciu ze strony rywalek, takie myśli szybko uciekały.

K.M: Bardzo dużo nam powiedziałaś o konkursie. Jak ogólnie podsumowujesz to przedsięwzięcie?

M.K: Impreza była bardzo dobrze zorganizowana. Jak na pierwszy raz, lepiej wyjść nie mogło. Nasz pokaz był ekscytujący dla większości ludzi tam zgromadzonych. Koncert de Mono, też wzbudził wiele pozytywnych emocji. Całą odpowiedzialność organizacji wzięło na siebie Radio Konin. Należy im się bardzo duży szacunek za przeprowadzenie się tak dużego przedsięwzięcia. Wyszło im to bardzo profesjonalnie i na wysokim poziomie.

K.M: Dziękujemy za wywiad i życzymy powodzenia, może już niedługo, w następnych takich plebiscytach.

M.K: Dziękuję

Dagmara Sypniewska, Aleksandra Łęt.

W1
W2

Crysis 3

    21 lutego w Polsce nastąpiła polska premiera Crysis 3. Gra jest idealna pod względem graficznym, ale fabuła jest niedopracowana.
    Jest rok 2047, wcielamy się w Proroka, posiadacza nanokombinezonu. Główny bohater musi dowiedzieć się, co planuje firma CELL (która skonstruowała nanokombinezon) oraz zemścić się za wydarzenia z wcześniejszej części gry.
    W mechanice gry nie pojawiły się żadne znaczące innowacje. Ulepszono moce pancerza  (pancerza i maskowania). Dodano kilka nowych broni (np. łuk) i pojazdów.
     Grafika w grze jest niesamowita. Silnik graficzny po raz kolejny udowadnia swoją moc i przedstawia piękne obszary. W grze pojawia się siedem różnych typów terenów i na każdym obraz prezentuje się wyśmienicie.
    Gra powstała tylko po to, aby zaprezentować moc silnika CryEngine (przez co fabuła kuleje), jednak można przy niej przyjemnie spędzić czas. Bardzo polecam grę, chociażby po to, aby podziwiać niesamowitą grafikę.

Kamil Szczepanowski

Dead Space 3.

             Przestrzeń kosmiczna, obca rasa lub forma życia próbująca zniszczyć ludzkość i bohater, który próbuje temu zapobiec. Tak może wyglądać schemat większości produkcji z gatunku Sci-fi. Podobnie jest z Dead Space 3, którego premiera miała miejsce 7 lutego w Polsce.
                Po raz 3 wcielamy się w Isaaca Clarke’a , inżyniera technicznego. Znów walczymy z hordami nekromorfów (ludzi przemienionych kosmicznym wirusem) wszelkiego typu improwizowanymi urządzeniami.   Tym razem celem głównego bohatera nie jest ocalenie własnej skóry, lecz uratowanie całej ludzkości. Gra odchodzi od klimatów survival horror i stawia głównie na akcję.
                W mechanice gry pojawiają się nieznaczne innowacje. Największym zaskoczeniem jest tryb kooperacji. Dużym plusem jest dodany system osłon. Po raz pierwszy w serii możemy kryć się za przeszkodami. Wprowadzono również możliwość modyfikacji uzbrojenia. Teraz można łączyć zestawy broni (np. miotacz ognia z piłą tarczową).
                Silnik graficzny gry jest już anachroniczny. Gra prezentuje się nie najgorzej, jednakże nie powala z nóg. Wciąż czuć ten mroczny klimat, chociaż gra przestaje być przerażająca, za co była chwalona w pierwszej części.
                Mimo, że gra stracił urok, który posiadała w pierwszej części, nadal istnieje w niej grobowy klimat. Wszystkich fanów Sci-fi zachęcam do zagrania w Dead Space 3.

Kamil Szczepanowski






Realizacja: LM Internet
(c) Copyright by Drugie Liceum 2010. Wszelkie prawa zastrzeżone.