Jeszcze Polska nie zginęła?

  Długo się zastanawiałam: 3 maja czy Unia Europejska, Unia Europejska czy 3 maja. Kiedy jednak mamy do wyboru chleb lub szynkę, na ogół jemy chleb z szynką. Tak samo ja nie będę teraz kombinowała i starała się wykraczać poza normę. Zachowam się czysto praktycznie: UE + 3 maja = PATRIOTYZM. Niesamowicie wszechstronne, czyż  nie?
    Tym razem będzie więc o czymś poważnym. Czymże jest ten patriotyzm? Czy ktokolwiek pamięta jeszcze, co to słowo oznacza, do czego służy ten anachronizm? Ostatnio dużo o tym myślałam, bynajmniej nie z powodu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej czy też 3 maja. Po prostu jakoś tak mnie naszło. Zresztą przyznam się bez bicia, że ta data - 3 maja - uchwalenie konstytucji - kojarzy mi się tylko z dniem wolnym od szkoły. Wiem też, że dotyczy to nie tylko mnie. Mówię to z ironią, śmieję się z tego, ale naprawdę wcale mi nie jest do śmiechu.
     Patriotyzm… (mogłabym wam zaserwować definicję ściągniętą ze słownika, ale to nic nie wniesie). Wydaje mi się, że słowo to ma podobną „mentalność" do słowa „miłość" - do końca nie można go zdefiniować. Oprócz owej „mentalności" te dwa wyrazy łączy również zakres ich znaczenia dotyczący miłości, a dokładniej miłości do ojczyzny. To jest chyba najbardziej banalna definicja patriotyzmu. W ten sposób rozumieją to słowo przedszkolaki. Mnie jednak (nie obrażając przedszkolaków) takie tłumaczenie nie wystarcza.
     Ktoś powiedział mi niedawno, że trudno jest być dzisiaj patriotą. Kiedyś, choćby w czasach I i II wojny światowej, o wiele łatwiej można było udowodnić swoją

miłość do ojczyzny. Wtedy okazji było mnóstwo, a każda na wyciągnięcie ręki. Na wyciągnięcie ręki… chyba tylko po broń. Taki pogląd na ten temat jest według mnie oznaką kompletnego braku wyobraźni. Chwileczkę… Poćwiczmy w takim razie naszą wyobraźnię. Oczywiście nie mam pojęcia, jakie to musiało być cudowne! To proste - bierzesz pistolet, idziesz na ulicę i mordujesz dwudziestu Niemców. Cóż za niesamowite przeżycie, atrakcja sezonu! Ładujesz kulki w szwabskie łby, szwabska krew płynie ci pod nogi, rozpryskuje na twojej twarzy, a ty wciskasz spust raz za razem, machinalnie, automatycznie - jak podczas gry w ping ponga - pyk, pyk, pyk, pyk. Czy czujesz tę zwierzęcą satysfakcję? A teraz wyobraź sobie, że masz 11 lat… Obłęd! Powtórzę pytanie: Czy kiedyś rzeczywiście o wiele łatwiej było udowodnić to, że jest się patriotą?Pozwólcie, że nie odpowiem.
     Mimo wszystko pójdę na kompromis i napiszę, o co tak naprawdę tu chodzi. W czasie I i II wojny światowej trudniej było być patriotą, ale o wiele więcej było wtedy możliwości, aby to udowodnić. Dzisiaj patriotą jest być łatwiej (nie musimy przecież rzucać się z pazurami na Niemców), ale zagadką pozostaje nadal, jak udowodnić swą miłość do ojczyzny. Nie wystarczy przecież wywiesić polską flagę 3 maja i mieć to z głowy. A może nic więcej nie potrzeba?
     Wielu przeciwników Unii Europejskiej argumentowało swoją postawę tym, że nastąpi wymieszanie kultur, powstanie jeden wielki kraj i za jakiś czas zapomnimy słowa Hymnu Państwowego. Widać, że ludzie ci nie ufają sobie, są „niestali w uczuciach". Przecież to tylko od nas zależy, czy poddamy się powszechnej globalizacji, czy damy się „zmiksować", a następnie „uformować". Jeżeli naprawdę ko

chamy Polskę, zachowamy swoją tożsamość narodową, będziemy pielęgnować tradycje, kulturę. Ba, wydaje mi się nawet, że w obliczu tego globalnego zjednoczenia, na przekór (jak to bywa z Polakami), będziemy się starali zachować odrębność.
     Najbardziej irytują mnie ludzie, którzy uważają, że „u nas to nic nie ma - zadupie, tandeta, bida, nędza i rozpacz". Oczywiście łatwiej jest wyjechać za granicę, na zachód, tam zarobić albo nawet zostać na stałe - i kłopoty finansowe z głowy. Można to nazwać „materialistycznym antypatriotyzmem". Właśnie w tej sytuacji sztuką byłoby zostać w kraju, zgodzić się na trudne warunki bytowe, ale pracować dla ojczyzny, ulepszać ją, robić coś dla jej rozwoju, a nie porzucać jak bezpańskiego kundla, zużytą torebkę od herbaty.
     Tak więc jedną odpowiedź na pytanie o sposób na bycie patriotą już mamy. Co jeszcze? Możemy robić malutkie rzeczy, które jednak nabiorą masy i potęgi, gdy przybędzie ochotników.
     Nade wszystko ważna jest nasza codzienna postawa. Uczymy się nie dla ocen, nie dla szkoły, nie dla rodziców, ale dla siebie i Polski, bo to my ją tworzymy. Państwo jest wiernym odzwierciedleniem społeczeństwa. Przepraszam, państwo = społeczeństwo. Całkiem sympatycznie byłoby też, gdybyśmy podczas słuchania naszego Hymnu Narodowego nie żuli gumy, nie drapali się po nodze, ręce, palcu, nie dłubali w nosie, uchu, zębach, nie strzelali głupich min do kumpla, nie wykonywali tysięcy obrotów głową na sekundę. To hymn - tylko lub aż, ale hymn. W całej „rozciągłości" znaczeniowej słowa „patriotyzm", hymn jest jedynie ułamkiem, fragmencikiem, drobnostką. Jest jak sól, bez której